Zapiski oglądacza

A jeśli niebo jest puste?

Ponieważ grzecznie uczęszczałem na katechezę, układ wydawał mi się genialnie prosty: jest dusza, więc są zaświaty, w których pod postacią energii, ektoplazmy, czy czego tam jeszcze, może funkcjonować. A skoro to wszystko istnieje – a nie miałem powodu zakładać inaczej – to musi być Bóg, który to wszystko tak urządził i prędzej czy później przygarnia nawet najtragiczniej zabłąkanych wędrowców. Film Alejandro Amenabara bezpowrotnie zburzył we mnie tę pewność, otwierając mój intelekt na niepokojącą możliwość, że powyższe nie musi się warunkować.

A co, jeśli rzeczywiście żadnego Boga nie ma, a ludzka dusza to jedynie ewolucyjny wytwór wyższych funkcji mózgu? W takim razie religia z całą obietnicą zbawienia, chórami anielskimi i dobrym Ojcem, który troszczy się o swoje stworzenia, musi być iluzją, wierutnym kłamstwem podtrzymywanym na wszelkie sposoby tak długo jedynie dlatego, że ludzie wzdrygają się przed uznaniem przygodności własnego bytu i nieuchronności kresu. To najbardziej pierwotny lęk i chronimy się przed nim w religijnych rytuałach. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Ostatecznie gdyby Bóg – bez względu na to, jakie imię nadajemy mu w naszych rozlicznych wierzeniach – okazał się bajką, i tak przecież nigdy się o tym nie dowiemy, bo wraz z ustaniem funkcji mózgu zgaśnie nasza świadomość. Tak przynajmniej utarło się myśleć. Lecz Amenabar i tę kartę wytrąca z rąk. Bo oto okazuje się, że możesz umrzeć, opuścić doczesną powłokę, a mimo to nikt po ciebie nie przyjdzie. Nie otworzą się bramy nieba.

Właśnie to w “Innych” wydało mi się najbardziej przerażające, gdy wyszło na jaw, że Grace i jej dzieci nie żyją, a ci, których brali za duchy nawiedzające ich wiktoriańską rezydencję, to zwykli żywi ludzie pragnący zamieszkać w domu po zmarłej rodzinie. Oczywiście doceniłem twist, dzięki któremu hiszpański reżyser wywrócił na nice oklepany schemat nawiedzonego domu. Uwiódł mnie gotycki nastrój i narastająca z każdą minutą groza. To wszystko jednak okazało się niczym wobec skrajnie nihilistycznej i antyreligijnej osnowy opowieści. W obliczu duchowej ciemności, jaka po pierwszym obejrzeniu “Innych” mnie zalała, blednie nawet strach mojej małżonki przed niewidomą staruszką medium – osobą przecież w gruncie rzeczy całkowicie niegroźną – którą po wyłączeniu telewizora i zgaszeniu lampy moja luba nadal widziała na fotelu i musieliśmy obejrzeć kilka odcinków “Świata według Ludwiczka”, żeby jako tako rozproszyć rozpanoszone cienie.

Oczywiście sam pomysł z zabłąkanymi duszami, nie wiedzącymi, że nie żyją, i niemogącymi odnaleźć drogi do światła, to nic nowego. Zanim pojawili się “Inni”, ciekawie ten motyw wyzyskał M. Night Shyamalan w “Szóstym zmyśle”. Tam jednak było to znacznie mniej prowokujące – ot, nastrojowy koktajl przyrządzony ze szczypty New Age, kilku mikrogramów hinduistycznego spirytyzmu i ziarenka leibnizowskiej monadologii. Da się przetrawić, a po uczcie zostaje nawet przyjemne uczucie nasycenia. W przypadku “Innych” moją metafizyczną grozę spotęgowała właśnie ta jednoznacznie antyreligijna wymowa. Wszystko tam wydaje się być jej idealnie podporządkowane. Grace jest żarliwą katoliczką i zmusza dzieci do uczenia się na pamięć fragmentów “Pisma Świętego”, co tym bardziej potęguje efekt, gdy nie sposób już dłużej zaprzeczać faktom.

Swoje symboliczne znaczenie najprawdopodobniej ma też mgła spowijająca rezydencję. Ja odczytałem ją jako metaforę epistemologicznego zagubienia, w jakim błądzi ludzki umysł, niezdolny do konfrontacji z twardą rzeczywistością i skazany na tkanie iluzji w celu złagodzenia bólu. A taką mają jest tam dosłownie wszystko – codzienność Grace w ogromnej posiadłości, wyparcie ze świadomości faktu, że udusiła dzieci, a potem popełniła samobójstwo, no i sama religia wreszcie, którą bohaterowie faszerują się jak narkotykiem tym bardziej desperacko, im bliżej do zdemaskowania prawdy. Interesujący jest tu mąż Grace, na którego powrót z wojny wszyscy czekają. Na chwilę wyłania się z mgły, a potem na powrót się w niej zanurza, gubi się, rozpływa.

Ksiądz – ziemski przedstawiciel Boga – też jakoś nie kwapi się do odwiedzenia osamotnionej rodziny. Jego odmowa duszpasterskiej wizyty jest jak gdyby antycypacją braku Boga na końcu filmu. Zastanawiałem się, czy nie dałoby się zinterpretować tego porzucenia jako karę za grzech Grace. Szybko jednak tę ewentualność odrzuciłem. Grace może cierpieć katuszę wygnania za swoją zbrodnię, ale czym zawiniły dzieci? No i trójka dickensowskich ogrodników. Oni umarli na gruźlicę, z naturalnej przyczyny. Wygląda więc na to, że sytuacja nadprzyrodzonej pustki jest permanentna, a rzecz sprowadza się jedynie do jej zaakceptowania. Jeśli tego nie potrafisz, pochłania cię mgła. Grace – o ile mogę sobie tutaj pozwolić na drobny sarkazm – dziwnie bezproblemowo godzi się z nowymi okolicznościami.

I coś jeszcze – by z kolei nawiązać do spiskowych inklinacji poruszanych często przy okazji “Lśnienia” – mnie w dziele Alejandro Amenabara niepokoi. W jego realizacji maczał ręce Tom Cruise i jakoś trudno mi o nim myśleć bez ciągnącego się za nim ogona scjentologii. Wydaje mi się, że scjentologiczna doktryna została tam delikatnie przemycona między wierszami. Konkretnie idzie mi o ukute przez Rona Hubbarda pojęcie Thetanów, czyli odwiecznych nieśmiertelnych istot duchowych, które zatraciły swoją prawdziwą naturę, swoją łaskę – angielskie znaczenie imienia Grace – gdy zaczęły się zbyt mocno identyfikować ze stworzonym przez nie materialnym wszechświatem. W tym kontekście zamykająca film ulga Grace z powodu poznania prawdy byłaby ni mniej ni więcej tylko dokładnie tym, do czego w swoich dianetycznych praktykach dążą scjentolodzy – porzuceniem miraży (jednym z nich według uczniów Hubbarda jest religia) i powrotem do stanu łaski, oświeceniem, wolnością.

Konkludując: film Amenabara, owszem, straszy jak należy, lecz również przypomina o czymś absolutnie podstawowym. To nie potwory, kłębiące się w kątach cienie ani szepty stanowią prawdziwe zagrożenie. Naprawdę przeraża to, co kryje się za nimi. One są wyłącznie znakami ostrzegawczymi i dobrze jak najprędzej nauczyć się je deszyfrować. Nawet jeśli miałoby się przy tym popaść w lekką przesadę. Mimo wszystko lepiej na wyrost przypisać horrorowi treści, o których jego twórca być może nawet by nie myślał, niż potem uciekać przed ostateczną zgrozą.

Polecam również