A ja wcale nie chcę prezydenta wszystkich Polaków

Pewna pani postanowiła dać na Twitterze upust swej niechęci do prezydenta Andrzeja Dudy. „Spadaj Pan! Ludzie, którzy Pana wybrali, to nie moi rodacy! Gardzę Panem!” – brzmiało jej wyznanie otwartości i tolerancji. Gdyż jak mniemam, za kogoś takiego się uważa, jak zresztą wszyscy porządni i nowocześni obywatele „tego kraju”, którzy uczynili co w ich mocy, żeby pochód marionetki Kaczyńskiego na Krakowskie Przedmieście zatrzymać. Na co ich stać, gdy sprawy nie toczą się po ich myśli, pokazali już w wieczór ogłoszenia ostatecznych wyników – łole i tajmlajny rozpaliły się żałobną czernią w miejscu zdjęć profilowych i zapewnieniami, że najdalej jutro kupują bilet w jedną stronę.

Nic w tym wybitnie odkrywczego. Nic, co w jakikolwiek sposób zaskoczyłoby kogoś, kto ma choćby najbardziej mgliste pojęcie o mechanizmach rządzących publicznym dyskursem w III RP. Wszystkie te chwyty są od dawna rozpoznane i śmiertelnie nudne. Zdziwić może jedynie, że wciąż całkiem sporo odbiorców mediów się na nie łapie. Skoro jednak jest popyt, musi też odpowiedzieć mu adekwatna podaż. Adam Michnik musiał wyrazić rytualne zaniepokojenie z powodu niedojrzałych do demokracji gówniarzy, którzy jednym iksem na karcie wyborczej są w stanie zniszczyć dorobek złotego ćwierćwiecza. Tomasz Lis musiał wypuścić pojednawcze gołąbki, żeby praktycznie natychmiast poukręcać im łby i strzelić focha, że Duda miał być dla wszystkich, a jest tylko dla tych, co oddali na niego głos.

„Prezydent wszystkich Polaków” to nader znamienny przykład socjotechnicznej nowomowy, którą politycy oraz sprzęgnięte z nimi ośrodki opinii stosują do manipulowania zbiorowością. Łatwo o to w świecie sfalsyfikowanych pojęć, gdzie język zamiast do opisu i komunikowania się, służy do forsowania swojej narracji. Widać to zarówno przy kampaniach wyborczych, jak i przy najrozmaitszych dyskusjach co jakiś czas rozgrzewających eter. Rzuca się parę hasełek, nabudowuje wokół nich siatkę odpowiednio zdefiniowanych znaczeń, po czym wałkuje się je tak długo, aż dowiercenie się do ich semantycznego jądra i wyłuskanie go przestanie już być możliwe.

Andrzeja Dudę notorycznie oskarża się o bycie PiSowskim prezydentem. Jednocześnie każdy jego pojednawczy gest spotyka się z chłodem, czy wręcz z nieudolnie maskowaną wrogością. Po liście do czytelników „Gazety Wyborczej” jej naczelny zamiast wyrazić znikome uznanie, że „PiSowski prezydent” przynajmniej próbuje wyciągać rękę do przeciwnego obozu, zdobył się jedynie na protekcjonalne pouczenie, że powinien umieć słuchać mądrzejszych od siebie. Swoją drogą ciekawe, kogóż mógł mieć na myśli. Sęk wszelako w tym, że absolutnie nikt z krytykujących Dudę nie zająknie się, że politycy na ogół wywodzą się z jakichś środowisk. I nawet jeśli zerwali z nimi formalną więź, bo na przykład zostali prezydentem i musieli złożyć partyjną legitymację, nie podobna oczekiwać, aby raptem porzucili idee i wartości, które ich z tą grupą pierwotnie związały. Bronisław Komorowski takiego odcięcia przecież nie dokonał.

Zakreślając krzyżyk przy nazwisku kandydata, nie tylko deklarujemy, że właśnie te wartości z nim współdzielimy, lecz także zobowiązujemy go, by je na forum publicznym reprezentował. I już przez samo to mówienie o byciu dla wszystkich jest niczym więcej jak po prostu jeszcze jedną retoryczną wydmuszką, jakich bez liku znajduje się w przebogatym skarbcu zaklęć spod lewicowo-liberalnej bandery. Wytacza się je na front zazwyczaj, gdy zagrożone są istotne dla tego lobby interesy. To wtedy przeważnie słyszymy krzyki świętego oburzenia o zamachu na neutralność światopoglądową, braku poszanowania dla odmienności bądź – jak w niniejszym dictum – o upartyjnieniu prezydenta.

Takie zjawisko jak prezydent wszystkich Polaków – przynajmniej wedle imputowanych przez spółkę Lis, Michnik et consortes kryteriów – najzwyczajniej w przyrodzie nie występuje. I nie może występować z tej prostej przyczyny, że wszyscy to tak naprawdę tyle co nikt. Po prostu. Ni mniej, ni więcej. Prezydent wszystkich Polaków jest równie prawdziwy jak trzydolarówka. Oczywiście – jako konstytucyjna głowa państwa człowiek piastujący ten urząd – kimkolwiek by nie był i z jakiegokolwiek gremium by się nie wywodził, a przypomnijmy, że nikt, kto tak wysoko zdołał się wspiąć, nie jest czystą białą kartą – właściwie z automatu symbolizuje kraj po całości. Nie oznacza to jednak, że każda grupa może być przez niego traktowana na równi, bo – bez względu jak podle i nienawistnie to brzmi – nie każda dobru tegoż kraju służy.

Zadanie polityka polega na odczytaniu tego dobra i sterowaniu powierzonym mu okrętem tak, by nie wpaść na skały. Jeśli zacznie ulegać kaprysom każdego, komu się nie spodoba, z której strony wieje wiatr, łajba się rozbije. I zrozumiał to nawet Komorowski. Można by co prawda się tutaj spierać, czyje dobro faktycznie leżało mu na sercu i jakie wytyczne w związku z tym faworyzował, ale co do tego, że czynił to konsekwentnie – dowodem ostatnie podpisane przez niego ustawy i nominacje – musi zapanować pełen konsens.

A zatem, owszem, tak – Duda w teorii jest dla wszystkich, ale dla tych, którzy oddali na niego głos, jakby trochę bardziej. Nie widzę w tym nic bulwersującego. W tym, że jest „PiSowski”, też nie. Dobrze, że taki jest. Ma taki być. Dokładnie tego po nim oczekuję. Po to aż dwa razy zaznaczyłem jego nazwisko. Zrobiłem to, bo wreszcie chciałem mieć własnego prezydenta, z którym mógłbym się przynajmniej w minimalnym zakresie identyfikować. Kiedy więc słyszę lub czytam, że Bronisław Komorowski, w przeciwieństwie do tego PiSowskiego chłystka, był reprezentantem całego narodu, mam ochotę rąbnąć pięścią w stół. Ja również zaliczam się do tego narodu – fakt ów niezaprzeczalnie potwierdza mój dowód osobisty – a mimo to jakoś nie wyczuwałem w nim bratniej duszy.

Ciskającej błotem internautce Duda odpisał: „A ja Panią szanuję”. I przypuszczam, że mógł w tym być szczery. Wygląda na raczej przyzwoitego faceta. A z całą pewnością tolerancyjnego. Bo wbrew potworkowi, jakiego z owej szlachetnej cechy uczyniła poprawność, autentyczna tolerancja zakłada szacunek dla odmiennych poglądów, nie wykluczając, że mogą być błędne. Ideowi i polityczni oponenci Dudy nie mają w sobie tak pojętej tolerancji ani krzty. Kogo nie zdołają nawrócić, tego bezlitośnie wdeptują w ziemię. Mój głos był poniekąd głosem protestu przeciwko tej przemocy w kostiumie okrągłych słów.

Oczywiście nie żywię wielkich złudzeń. Duda, jak każdy współczesny polityk, jest więźniem poprawnościowej dykcji, więc do upadłego będzie powtarzał mdłe slogany o swej otwartości. Ale powiedzmy, że jestem w stanie przymknąć na to oko. Polityków na szczęście rozlicza się nie za krasomówstwo, lecz za działania. Dopóki robią to, czego od nich chcę i za co im płacę, mogą opowiadać, co im się podoba. Jakby co, zawsze można ich wymienić. Mówię, jak jest.

Poprzednie