5 książek, które pomogą ci przetrwać Mundial

Pomysł na ten tekst podchwyciłem od Rafała Hetmana z bloga „Czytam Recenzuję”. W przeciwieństwie do niego ja kompletnie się na piłce nożnej nie znam ani nigdy nie pojmowałem jej fenomenu. Moje kibicowanie skończyło się gdzieś tak chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych. A polegało głównie na snuciu się z kumplami po Grójeckiej lub staniu na klatce i darciu ryja, że „miszczem Polski jes Legia, legia najlepsza jes”. A i tak oni, w przeciwieństwie do mnie, naprawdę na mecze chodzili. Raz czy dwa nawet mieli do czynienia z psami.

Na szczęście ominęło mnie też okołomundialowe szaleństwo. Rafał w swoim filmiku mówi, co z wyjazdu naszych do Rosji zrobiło TVN 24. Mogę sobie tylko wyobrażać i odczuwać ciary zgrozy. Co oczywiście nie znaczy, że nie doceniam powagi sprawy. Skoro nawet gdzieś jakiś ksiądz ze względu na mecze poprzesuwał godziny mszy, to musi być coś naprawdę potężnego, czym jako samozwańczy analityk ludzkich przygód na tej Ziemi być może powinienem się kiedyś zainteresować.

Tak czy siak, z pokorą, a też i pewną dumą, przyjmuję fakt, że jestem w mniejszości. A współtowarzyszom w tej szlachetnej niszy pragnę polecić kilka tytułów, które pozwolą wam jakoś ten trudny miesiąc przeczekać.

A więc:

 

Henri Charrière „Papillon”

 

Sięgnąłem po tę legendarną powieść na fali zainteresowania nonfiction. Charrière opisuje w niej swoje doświadczenia z odsiadki w kolonii karnej w Gujanie francuskiej. Kiedy trafił tam w 1933 roku, był po prostu drobnym paryskim cwaniaczkiem. Wyrok dożywocia otrzymał za rzekome zabójstwo alfonsa, któremu do końca życia konsekwentnie zaprzeczał i z którego został ostatecznie oczyszczony… trzy lata przed śmiercią. Na zesłaniu spędził ogółem 12 lat. W tym czasie kilkakrotnie podejmował próby ucieczki, aż wreszcie po wojnie osiedlił się w Wenezueli.

Książka ukazała się we Francji w 1969 roku i natychmiast stała się wydawniczym hitem. Sprzedało się około półtora miliona egzemplarzy. Szybko też w oparciu o nią powstał film, w którym w niepokornego „Motylka” wcielił się Steve McQueen. Niestety go nie widziałem. W zeszłym roku nakręcono jego remake. Jest z nim zresztą trochę zamieszania, bo oficjalną premierę miał we wrześniu podczas międzynarodowego festiwalu filmowego w Toronto, ale do szerokiej dystrybucji ma ponoć trafić dopiero pod koniec sierpnia tego roku.

Jest jednak z tą książką pewien problem. Otóż ciężko oszacować, ile w niej faktów, a ile fikcji. Wątpliwości z biegiem lat wśród zajmujących się nią badaczy jedynie się nasilały. Mówi się, że swojego bohatera Charrière stworzył częściowo na bazie własnych przeżyć, częściowo z opowieści innych więźniów, a częściowo popuścił wodzy fantazji. Podobno chciał początkowo sprzedać „Papillona” jako zwykłą awanturniczą historyjkę, ale jego wydawca uznał, że marketingowo będzie lepiej, jeśli opatrzy się ją etykietą pamiętnika. A rządny sławy i pieniędzy Charrière nie protestował.

Kolonię w Gujanie zamknięto w połowie lat pięćdziesiątych. To właśnie z odtajnionych dokumentów wiadomo o licznych nieścisłościach w narracji Charrière’a. Co nie zmienia faktu, że ponoć bardzo wiernie oddał brutalne realia ziemskiego piekła stworzonego przez naród uważający się za tak niezwykle cywilizowany i stojący na straży praw człowieka. I choćby z tego względu warto „Papillona” przeczytać.

 

Jack Barsky „W głębokiej konspiracji”

 

Kolejna pokręcona autobiografia. Tym razem chyba w dużej mierze prawdziwa. Choć z racji tego, że napisał ją eks-szpieg – na dodatek, jak wynika z noty na końcu, z całym sztabem literackich doradców – nigdy nie wiadomo. To zresztą chyba najbardziej odróżnia ją od innej słynnej spowiedzi niegdysiejszego sowieckiego szpiona, czyli od „Akwarium” Wiktora Suworowa. W przeciwieństwie do „Akwarium” ta książka jest – jakby to ładnie określić? – zrobiona. Ma wywołać w czytelniku konkretne emocje, a samego bohatera pokazać jako postać głęboko tragiczną i na wskroś ludzką. Cóż, taki trend.

Jack Barsky naprawdę nazywa się Albrecht Dittrich i urodził się w 1949 roku w Niemczech Wschodnich. Jako student został zwerbowany przez KGB. Oczywiście na potrzeby tej notki upraszczam, bo opisany przez niego proces pozyskiwania był o wiele bardziej złożony. Później przeszedł szkolenie, które miało przygotować go do roli tzw. nielegała czy też, jak niektórzy mówią, śpiocha w Stanach Zjednoczonych. Perfekcyjny angielski, fałszywa tożsamość po zmarłym w dzieciństwie Amerykaninie i zasadniczo jeden cel – wtopić się w społeczeństwo wroga, stać się nim.

Barsky został przerzucony do USA w 1978 roku i przez kolejne dziesięć lat służył Sowietom jako tajny agent. W tym czasie ukończył studia informatyczne, zrobił karierę w branży IT, a nawet się ożenił (w NRD też miał żonę) i spłodził córkę. Niestety w tzw. międzyczasie coś poszło nie tak – nasz śpioch zakochał się w wartościach demokratycznych i wolnym rynku i sam nie wiedząc kiedy, stał się mentalnym Amerykaninem. Obowiązki szpiega wykonywał z coraz mniejszą gorliwością, traktując je coraz bardziej jak balast. W końcu zerwał kontrakt.

I pewnie tkwiłby w takim zawieszeniu jeszcze długo, długo, gdyby nie niepozorny archiwista z KGB, Wasilij Mitrochin, który w 1992 roku wywiózł na Zachód setki tysięcy poufnych akt. Skutkiem tego Dittrichem zainteresowało się FBI, co stanowiło początek skomplikowanego procesu legalizacji.

Dziś Dittrich / Barsky udziela wywiadów, w których mówi, że nie boi się powtórzenia losu Litwinienki i Skripala. Przekonuje też, że tak naprawdę nie wyrządził zbyt wiele zła, a samo KGB było w dużej mierze organizacją chaotyczną, której pracownicy nie do końca wiedzieli, co i jak robić. Poza tym jest statecznym obywatelem, nowonawróconym chrześcijaninem i, chyba, zwolennikiem Trumpa. Ogólnie miłość, wybaczenie, rodzina. Tylko… no właśnie, czy można bezgranicznie ufać człowiekowi, który przez dekadę udawał kogoś innego?

 

Bill Bass „Trupia Farma”

 

I kolejna propozycja autobiograficzna. Znów też tak typowo po amerykańsku „zrobiona”. O istnieniu Trupiej Farmy, czyli, mówiąc fachowo, Ośrodka Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee, dowiedziałem się kilka lat temu chyba z filmu dokumentalnego na National Geographic lub Discovery. Pomysł, że gdzieś może sobie funkcjonować miejsce, w którym ludzkie zwłoki swobodnie gniją, a naukowcy je obserwują, by potem wykorzystać wyniki tych badań do śledztw kryminalnych, wydał mi się tyleż makabryczny, co intrygujący. Kiedy więc jesienią ubiegłego roku Znak wypuścił tę książkę, natychmiast ją kupiłem.

Po farmie oprowadza nas jej założyciel, doktor Bill Bass. Opowiada oczywiście trochę o sobie. Na przykład o samobójstwie ojca, które głęboko go naznaczyło, a kto wie, czy i nie przyczyniło się do wyboru przyszłej profesji. Wspomina, jak chciał studiować psychologię, ale w międzyczasie trafił na zajęcia z antropologii i prowadzący je profesor poprosił go, by podwiózł go na prowincjonalny cmentarz, gdzie miał pomóc policji w zidentyfikowaniu zwłok ofiary wypadku, co oczywiście odwróciło zainteresowania młodego Bassa o 180 stopni.

Ale przede wszystkim jest to naprawdę ciekawa opowieść o tworzeniu się praktycznie od zera zupełnie nowej dziedziny nauki. Aż trudno uwierzyć, że w XX wieku większość z tego, co wiedziano o antropologii sądowej – bo nie antropologii fizycznej w ogóle – pochodziła z Chin sprzed kilkuset lat. Od tamtej pory sporo się jednak zmieniło – poczynając od narzędzi zbrodni, na klimacie kończąc.

A poza tym… cóż, wszyscy kiedyś umrzemy. Śmierć jest najbardziej demokratyczna, więc każdy, oczywiście pomijając względy duchowe, pewnego dnia stanie się pokarmem dla bakterii. Warto się z tą fundamentalną prawdą zmierzyć już zawczasu. O tym zresztą Bill Bass też pisze.

 

Jan Grzegorczyk „Chaszcze”

 

O tej książce napisałem już większy tekst, więc teraz tylko ograniczę się do przypomnienia jej fabuły. Stanisław Madej to typowy stary kawaler. Wiele lat temu wydał zbiór opowiadań. Po jego ukazaniu się otrzymał list od czytelnika o dokładnie takich samych personaliach, w którym ten zmiażdżył książkę oraz zagroził, że jeśli Madej odważy się jeszcze cokolwiek wydać, zniszczy go.

Punktem zwrotnym staje się śmierć matki niefortunnego prozaika. Po pogrzebie Stanisław postanawia wyjechać na urlop do domku na obrzeżach puszczy. Wkrótce odkrywa w sobie żyłkę ornitologa i fotografa. W trakcie jednej z wypraw znajduje powieszonego na drzewie i – by nawiązać do poprzedniej propozycji – już nieświeżego samobójcę. Znalezisko, choć makabryczne, sprawia, że Stanisław po raz pierwszy od dawna wystukuje na laptopie kilka własnych, a nie zapożyczonych od kogoś słów.

Niebawem na progu jego azylu zjawia się żona wisielca. To rozkręca spiralę zdarzeń, w których miesza się kryminał, romans, intensywne poszukiwanie samego siebie, powolne wyłuskiwanie się ze skorupy stagnacji, słowem: wszystko, co do tego typu historii można wpakować. Przy okazji poznajemy całą plejadę barwnych i dźwigających rozmaite życiowe garby postaci. Jest prowincjonalny prokurator, zabawiający się w poszukiwacza Sensu, jego żona, która wszystkim rozdaje wodę z Lourdes, i dzierżący klucze do tajemnicy ksiądz.

Jest wreszcie sama zagadka, która krok po kroku się odsłania. Oczywiście nie ona stanowi clou, więc nie wszystkie węzły zostaną rozplątane, a częściowo skazani jesteśmy na snucie domysłów.

Mogę tylko jeszcze raz gorąco polecić.

 

Simon Reynolds „Retromania”

 

A tę rzecz polecam w ciemno, bo znam ją tylko we fragmentach, a i to w języku angielskim. Na przełomie kwietnia i maja trafiła do nas w przekładzie Filipa Łobodzińskiego, ja zaś cały czas się waham, czy ją kupić. „Retromania” to chyba najbardziej znana książka brytyjskiego krytyka muzycznego Simona Reynoldsa. W oryginale wyszła w 2011 roku, tym samym wprowadzając do dyskusji o kulturze masowej pojęcie, o którym obecnie mówi się i pisze bardzo wiele. Ja usłyszałem o nim właśnie dzięki temu, że ktoś wspomniał o Reynoldsie i jego diagnozie przy okazji filmu „Jesteś Bogiem”.

Główne założenie tej książki opiera się na konstatacji, że współczesna kultura zatrzymała się w rozwoju i zamiast iść naprzód, żywi się własną przeszłością. Jest od niej – jak mówi oryginalny podtytuł – uzależniona. Nakręca ją nie pęd ku odkrywaniu nowych przestrzeni, lecz nostalgia. W czym – niestety – wspierają ją nowoczesne technologie, dzięki którym nasze stosunkowo niedawne dziedzictwo jest tak dobrze zachowane i niezwykle łatwo je dystrybuować. Główna myśl zaś jest taka, że kultura musi mieć kosz na śmieci, gdyż w przeciwnym razie w końcu sama się nim stanie.

Trafność spostrzeżeń Reynoldsa – nie tylko na gruncie muzycznym – potwierdzić może każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co się dzieje w popkulturze. Powroty dawnych seriali, sukcesy produkcji bazujących na starych formatach, renesans znanych niegdyś produktów, które zniknęły, a teraz ponownie goszczą na półkach, tęsknota wśród dzisiejszych 30- i 40-latków za latami dziewięćdziesiątymi, której ochoczo dają wyraz w internecie… można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać.

 

*

 

I ode mnie to na razie tyle. Mogę jeszcze tylko dodać, że ostatnio znajomy zachęcał mnie na Twitterze do sięgnięcia po prozę Jaroslava Haška. Kto wie, może się skuszę. Czy nasi wyjdą z grupy, nie wiem i przynajmniej na chwilę obecną mnie to nieszczególnie obchodzi. Choć gdy już nadejdą te sądne chwile, zapewne będę sprawdzał informacje, przygryzając koniuszek języka.

A wszystkim antymundialowcom życzę owocnych lektur. Kufle w dłoń!


Fot Arcaion/Pixabay

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.