5 filmów z nonfiction w tle

W poprzednim tekście napisałem, że przy kilku filmach zaskoczyło mnie, w jak wielkim stopniu są one… no, może nie oparte na faktach w potocznym rozumieniu tego pojęcia, ale, powiedzmy, posklejane z różnie przetworzonych elementów rzeczywistości. Czasem jest to zaledwie jedna nitka, kiedy indziej cały splot. Wyłuskiwanie tych kawałków niekiedy bywa o wiele ciekawsze niż tropienie przeinaczeń w historiach będących prostodusznymi adaptacjami rzeczywistych wydarzeń. W tym wpisie chciałbym Wam opowiedzieć – bardzo pokrótce – o kilku takich przypadkach.

A więc…

„Zabij mnie, glino” (1988)

Mówi się o nim, że to najbardziej „amerykański” z polskich kryminałów. I coś niewątpliwie jest na rzeczy. Ta historia, choć osadzona w Polsce lat 80., równie dobrze mogłaby się dziać w Nowym Jorku czy Los Angeles. Choć zanurzona w znanych z tamtych czasów dekoracjach – duże fiaty, blokowiska – jest całkowicie wyabstrahowana z tutejszego kontekstu. To po prostu najczystszy popis eskapizmu. Ma to oczywiście swoje bardzo konkretne podłoże. Schyłek komuny zaowocował gniciem państwa, ale też będącym jakby jego rewersem gwałtownym rozwojem rodzimej popkultury. Można by o tym zresztą napisać całą książkę.

Fabuła oparta jest na rozgrywce między twardym i nieugiętym policjantem… o, pardon, milicjantem (podczas oglądania niezmiernie łatwo o tym zapomnieć) Popczykiem a zimnym i zepsutym do szpiku kości recydywistą Malikiem, którego ów dzielny niczym porucznik Borewicz stróż prawa wpakował za kratki. Po brawurowej ucieczce z sali sądowej – chyba jedyna scena, w której widać milicyjny mundur, bo we wszystkich innych psy, wzorem swoich amerykańskich kolegów, chodzą po cywilnemu – Malik postanawia zemścić się na Popczyku, a przy okazji wyrównać rachunki z dawnymi wspólnikami i wziąć udział w skoku na pociąg przewożący większe ilości gotówki.

Scenariusz, choć tak bardzo jak tylko można sobie wyobrazić nietutejszy, wręcz nierealny, powstał częściowo w oparciu o prawdziwe milicyjne akta. Postać Malika jest wzorowana na Jerzym Maliszewskim – głośnym przestępcy z przełomu lat 70. i 80., który, podobnie jak Malik, był mistrzem ucieczek z więzień, a także cierpiał na rzadką chorobę wątroby. Był również nie mniej niż Malik bezwzględny. Wychowany na warszawskiej Pradze, wśród najgorszych bandytów, którzy później utworzyli trzon „Prószkowa”, przestępcze szlify zdobywał na bazarze Różyckiego, gdzie starzy złodzieje uczyli go załatwiać zamki, w czym zresztą błyskawicznie ich prześcignął.

Tak jak Malik potrafił być niezwykle czarujący, gdy chciał. Na ulicy nie odróżniłbyś go od zwykłego mieszkańca lewobrzeżnej Warszawy. Malikowi w „Zabij mnie, glino” pomaga lekarka Dorota – między innymi zdobywa dla niego trudno dostępny lek. Podobnie było z Maliszewskim. Miał zresztą żonę lekarkę. Inna zbieżność to to, że zarówno w filmie, jak i w rzeczywistości przy poszukiwaniach zbiega pomagał zakonnik jasnowidz. Był nim nie kto inny jak sam ojciec Czesław Klimuszko. O ile jednak w filmie zwrócenie się o pomoc do „klerykalnego elementu” było samowolną inicjatywą zdesperowanego Popczyka, o tyle w rzeczywistości decyzję w ścisłej tajemnicy podjęła sama „góra”.

Kiedy „Zabij mnie, glino” debiutował na ekranach, Maliszewski odsiadywał wyrok. Wyszedł na początku lat 90. dzięki ułaskawieniu Lecha Wałęsy – nader w tym względzie hojnego. Związał się z półświatkiem. W mafijnych wspominkach „Masy” można zresztą znaleźć kilka wzmianek na jego temat. Zginął nie mniej spektakularnie niż jego fikcyjne wcielenie, bo od wybuchu bomby w willi niejakiego „Cebera” w podwarszawskich markach, stając się jedną z licznych ofiar krwawych porachunków gangów, które wstrząsały Polską od połowy lat 90.

„Milczenie owiec” (1991)

W tym przypadku film to jedynie pokłosie – zresztą bardzo wierne – powieści Thomasa Harrisa. Stanowi ona część szerszego cyklu opowiadającego o seryjnych mordercach i ścigających ich funkcjonariuszach FBI z jednostki badań behawioralnych w Quantico. Ta jednostka oczywiście istnieje naprawdę. Nie tak dawno w Polsce wyszła książka autorstwa jej twórcy Johna Douglasa pt. „Mindhunter”, na podstawie której David Fincher nakręcił dla Netflixa podobno niezły serial. Powstała na przełomie lat 70. i 80., gdy zjawisko seryjnych morderstw zaczęło być w USA dokuczliwym problemem. Zresztą z tamtego okresu termin ów w ogóle się wywodzi.

Harris trafił do Quantico jako początkujący powieściopisarz. Miał już za sobą debiutancką „Czarną niedzielę”. Wcześniej zajmował się dziennikarstwem kryminalnym. Pierwszą powieścią, jaką stworzył na podstawie materiałów udostępnionych mu przez Douglasa i jego zespół, był równie dobry jak „Milczenie…”, choć mniej popularny „Czerwony smok”. Też zresztą przeniesiony na ekran. I to dwukrotnie. Właśnie w „Smoku” pojawia się postać demonicznego ludożercy Hannibala Lectera, która w „Milczeniu” odegra jedną z głównych ról, a następnie stanie się kołem zamachowym dalszych – niestety już nie tak dobrych – odsłon franczyzy.

W „Milczeniu owiec” FBI prowadzi śledztwo w sprawie mordercy nazywanego Buffalo Bill, który charakteryzuje się tym, iż zdziera skórę ze swych ofiar. W sprawę zostaje wciągnięta studiująca jeszcze na akademii FBI, ale piekielnie ambitna Clarice Starling. Szef sekcji behawioralnej zleca jej przeprowadzenie wywiadu z Lecterem, który później przeradza się w swoistą psychologiczną grę pomiędzy nim – znającym, jak się okazuje, prawdziwą tożsamość Billa – a pragnącą się za wszelką cenę wykazać w męskim świecie Starling. Czasu jest coraz mniej, bo właśnie została porwana kolejna młoda kobieta – tym razem córka wpływowej pani senator.

Pierwowzorem Starling jest agentka specjalna Patricia Kirby – pierwsza kobieta, która weszła w skład prawdziwej sekcji behawioralnej. Podobnie jak Starling, ona również na początku swojej kariery w FBI przeprowadziła wywiad z osadzonym seryjnym zabójcą. Co ciekawe, o ile w filmie Starling od Lectera separuje gruba kuloodporna szyba, o tyle w rzeczywistości Kirby znajdowała się sam na sam w pokoju przesłuchań z więźniem, od którego nie oddzielało jej nic. Serię takich wywiadów ze skazanymi agenci z Quantico przeprowadzali, by skompletować katalog typowych cech seryjnego mordercy i później na jego podstawie tworzyć profile psychologiczne w dochodzeniach. Jednym z rozmówców był Charles Manson.

Buffalo Bill to tak naprawdę kombinacja dwóch rzeczywistych zwyrodnialców – Teda Bundy’ego, którego bulwersującą sprawą żyły całe Stany Zjednoczone tuż przed tym, jak Harris zainteresował się problematyką seryjnych zbrodni, oraz Eda Geina, który w 1957 roku przysporzył koszmarów sennych do końca życia kilku stróżom prawa, gdy odkryli jego upiorny dom pełen ludzkich kości oraz wyrobów galanteryjnych z ludzkiej skóry. Nigdy nie ustalono dokładnej liczby osób, które zabił i wypatroszył. Stał się natomiast inspiracją dla kilku znaczących dzieł amerykańskiej kultury – poczynając od „Psychozy” i „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Jeśli chodzi o Lectera, to przez wiele lat sądzono, że on też stanowił głównie wariację na temat Bundy’ego. Zupełnie inne światło na tę kwestię rzucił sam – zazwyczaj unikający publicznych wystąpień – Harris we wstępie do jubileuszowego wydania „Milczenia owiec” w 2013 roku. Zdradził mianowicie, że do stworzenia Lectera zainspirował go meksykański lekarz odsiadujący wyrok za zabójstwo mężczyzny i poćwiartowanie jego zwłok. Harris spotkał go podczas jednej z reporterskich podróży do Meksyku pod koniec lat 60. Nie ujawnił jego imienia. Nazywał go po prostu „doktor Salazar”, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa był nim niejaki Alfredo Ballí Treviño.

Douglas zawarł w „Mindhunterze” ciekawą anegdotę związaną z kręceniem „Milczenia owiec”. Do Quantico przyjechał Scott Glenn, który chciał lepiej zrozumieć granego przez siebie szefa sekcji. Douglas oprowadził go po ośrodku, pokazał kilka zdjęć i puścił taśmę, na której dwóch zwyrodnialców gwałci i torturuje porwaną szesnastolatkę. Glenn rozpłakał się. To doświadczenie podobno radykalnie odmieniło jego dotychczas liberalny stosunek do kary śmierci.

„Mistrz” (2012)

„Mistrz” to bodaj najdziwniejszy przypadek z tych, które zamierzam tutaj omówić. I to bynajmniej nie ze względu na fakt, że nakręcono go na analogowej taśmie w czasach, gdy wszyscy jadą na cyfrze. Jego osobliwość polega na tym, że będąc ewidentnie opowieścią o początkach Kościoła scjentologicznego oraz jego założycielu L. Ronie Hubbardzie, stara się usilnie wmówić oglądającemu, że traktuje o wszystkim, tylko nie o tym. O powojennej traumie, o mechanizmach tworzenia się religii, nieprzeciętnej charyzmatycznej jednostce, która potrafi skupić wokół siebie grono wyznawców, ale – broń Boże! – nie o scjentologii.

Tu od razu przypomina się afera wokół jednego z odcinków obrazoburczej kreskówki „Miasteczko South Park”. Nieuznający ponoć żadnych świętości twórcy wyszydzili w nim Hubbarda oraz najbardziej rozpoznawalnego adepta jego nauk wśród hollywoodzkich gwiazd Toma Cruise’a. Po emisji odcinka na kanale Comedy Central Cruise miał rzekomo zagrozić, że w razie powtórki wycofa się z promocji „Mission: Impossible III”. Jego rzecznik prasowy oczywiście zaprzeczył tym doniesieniom, niemniej w dniu, w którym odcinek miał zostać ponownie pokazany, zamiast niego puszczono inny.

Kościół scjentologiczny oficjalnie oświadczył, że jego wiedza na temat „Mistrza” pochodzi wyłącznie z mediów, i na żadnym etapie jego powstawania nikt z Kościoła nie poszukiwał kontaktu z ekipą, ani nie interweniował w celu zablokowania produkcji filmu, a następnie dystrybucji. Niestety te żarliwe zapewnienia nie uspokoiły amatorów teorii spiskowych. A wszystko przez aż narzucające się analogie.

Na przykład, że zarówno Lancaster Dodd, jak i Ron Hubbard sformułowali podstawy swych systemów religijnych kilka lat po opuszczeniu amerykańskiej marynarki, w której służyli podczas drugiej wojny światowej. Albo że finałowe sceny filmu rozgrywają się w siedzibie sekty w Anglii mniej więcej w tym samym okresie, gdy faktycznie osiedlił się tam Hubbard ze swoją świtą, a piękna, wybudowana blisko dwieście lat wcześniej wiejska posiadłość Saint Hill Manor stała się pierwszą siedzibą jego Kościoła. Nie mówiąc już o podobieństwach między stosowanymi przez scjentologów praktykami oczyszczania umysłu, a wyglądającymi jak podręcznikowe pranie mózgu eksperymentami, jakim Dodd poddaje głównego bohatera.

Film nie pokazuje całego życiorysu Hubbarda. Jego akcja obejmuje początkowe lata tworzenia się „Sprawy”. Nic mi nie wiadomo, aby Freddie Quell, który uciekając przed prawem, trafia na jacht, gdzie poznaje Dodda, miał rzeczywisty pierwowzór. Freddie to raczej przykład anatomiczny – taka swoista lekcja poglądowa, która ma nam pokazać, jak w praktyce działają szalone teorie Dodda.

„Egzorcysta” (1973)

W przypadku horroru mówienie o opieraniu się na faktach jest, ze zrozumiałych względów, szczególnie ryzykowne. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z wydarzeniami o charakterze jednoznacznie nadprzyrodzonym. Jednym z ciekawszych i słynniejszych tego typu przypadków jest „Horror Amityville” – szeroko reklamowany jako non-fiction pełną gębą, pomimo iż narosło wokół niego sporo wątpliwości, które z biegiem lat tylko się potęgowały. A mówiąc wprost: rodzina Lutzów, która jakoby miała w domu przy Ocean Avenue 112 przeżywać koszmar przez blisko miesiąc, postanowiła najzwyczajniej w świecie zarobić parę groszy na otaczającej nieruchomość mrocznej legendzie.

Z „Egzorcystą” było ciut inaczej. A tak przynajmniej utrzymywał autor powieści, na której oparto scenariusz, William Peter Blatty. W czasie jej pisania Blatty był żarliwym katolikiem, co ma stanowić rękojmię jego prawdomówności. Historię opętania, którą przetworzył na literacką, a następnie filmową fikcję, miał rzekomo poznać od pewnego księdza. Różnica polegała jednak na tym, że o ile w „Egzorcyście” piekło przejęło władzę nad nastoletnią dziewczynką – córką znanej aktorki – o tyle bohaterem prawdziwych zdarzeń był chłopiec. Podobne natomiast były symptomy zapowiadające eskalację zła. No i oczywiście sama bitwa, czyli egzorcyzm.

Przeprowadził go ów ksiądz, który następnie spisał wszystko w pamiętnikach i przekazał je Blatty’emu. Stanowił on też – poniekąd – pierwowzór ojca Merrina. Był równie niezłomny jak on i bezkompromisowy w walce ze złem. Po uwolnieniu zarówno chłopiec, jak i Regan z filmu niczego nie pamiętali. Do pewnego stopnia „prawdziwy” jest również demon, który opętał Regan. Co prawda jego imię nie pada, jednak z początkowych sekwencji można wnosić, że jest to występujące w asyryjskich i babilońskich wierzeniach bóstwo Pazuzu – czy może raczej jego maska, pod którą ukrywa się szatan.

Drugi z egzorcystów, ojciec Karras, nie ma wprawdzie konkretnego pierwowzoru, jednak uosabia ducha czasu. Jest pogrążonym w zwątpieniu i rozpaczy kapłanem posoborowego Kościoła, który, zdominowany przez materialny świat, odrzucił własne metafizyczne korzenie, a wraz z nimi – naukę o osobowym złu. To Kościół pragmatyczny, który zamiast modlitwy proponuje pigułki, a zamiast konfesjonału – psychoterapię. Karras jest księdzem i jednocześnie psychiatrą. Przy czym tym drugim – a właściwie pierwszym – czuje się w znacznie większym stopniu. To zapewne dlatego w ostatecznym rozrachunku, pomimo poświęcenia samego siebie, jednak przegrywa walkę z demonem.

Dużo mówi się i pisze o gigantycznym wrażeniu, jakie „Egzorcysta” wywołał w latach 70. Wielu wciąż uważa go za najstraszniejszy horror wszech czasów. Jest to prawdopodobnie zasługa powyższych czynników. Bo przecież nie efektów specjalnych. Te z dzisiejszej perspektywy mogą co najwyżej budzić szacunek. No i warto nadmienić, że w ogromnej mierze to właśnie „Egzorcysta” przyczynił się do przywrócenia pamięci o dawnym rytuale wypędzania diabła – zarzuconym przez Kościół w imię kompromisu z nowoczesnością, a dziś przeżywającym swój renesans.

„Polowanie na Czerwony Październik” (1990)

Tutaj, podobnie jak przy „Milczeniu owiec i „Egzorcyście”, film stanowi zaledwie odbicie książkowego pierwowzoru. Choć trzeba przyznać, że jeśli widziało się go przed lekturą powieści – a tak właśnie było u mnie – to potrafi on bardzo silnie rzutować na jej odbiór. Chodzi mi przede wszystkim o postać kapitana Marko Ramiusa, który jako modelowy obywatel Związku Radzieckiego z pewnością nie przypominał Seana Connery’ego, lecz już na zawsze zyskał w mojej wyobraźni jego szlachetną, perfekcyjnie wykrojoną twarz. No ale to w sumie drobiazg.

Autorem powieści jest Tom Clancy. Jest to twórca niewątpliwie legendarny. I to nie tylko ze względu na ilość pól, na jakich się realizował. Często mówi się, że Clancy posiadał pewną, nazwijmy ją, ekskluzywną i niedostępną dla wielu innych autorów powieści sensacyjnych wiedzę z zakresu technologii wojskowych i operacji wywiadowczych, co sugerowałoby, że miał dobre wejścia w okolicach Pentagonu, Langley, a może nawet i Białego Domu. Jego książki rzeczywiście obfitują w szczegóły, których niekiedy jest tak dużo, że aż utrudniają odbiór. Tak właśnie jest w „Polowaniu…”, jeżeli idzie o okręty podwodne. A wersja, która trafiła do druku, i tak została mocno poprzycinana tu i ówdzie.

Tak czy inaczej Clancy’ego uwielbiał Ronald Reagan. To między innymi dzięki jego ciepłej rekomendacji „Polowanie…”, które stanowiło debiut Clancy’ego, stało się bestsellerem, choć początkowo w ogóle się na to nie zanosiło. Książka na pewno idealnie trafiła w klimat czasu. Ukazała się wprawdzie pięć lat przed obradami Okrągłego Stołu i obaleniem Muru Berlińskiego, lecz wciąż był to dwubiegunowy zimnowojenny świat, w którym istniały tylko dobre Stany Zjednoczone i źli Sowieci, może jeszcze z Kaddafim i Arafatem na doczepkę. Ten nastrój panował również w popkulturze. Kto pamięta akcyjniaki z tamtego czasu, czy choćby seriale takie jak „MacGyver” i „Airwolf”, ten wie, o czym piszę.

W „Polowaniu…” kapitan nowoczesnego okrętu pod jakże znamienną nazwą „Czerwony październik” zawiązuje wraz z częścią oficerów spisek, którego celem ma być ucieczka do Stanów Zjednoczonych. By się zaś wkupić, chcą oddać Amerykanom zawiadywaną przez siebie naszpikowaną pociskami atomowymi zabawkę kremlowskiego politbiura. Ramius ma dodatkowo osobisty powód. Od lat skrycie nienawidzi swojej komunistycznej ojczyzny, a impulsem, który popycha go do działania, jest śmierć żony spowodowana bylejactwem służby zdrowia w tym proletariackim Raju na Ziemi.

Uprowadzenie „Czerwonego października” oczywiście wywołuje wściekłość w Moskwie, ale uruchamia też skomplikowaną międzynarodową grę wywiadów i armii obu mocarstw, w której równie ważnym celem jak przechwycenie zbiegów przez jedną lub drugą stronę jest utrzymanie afery w tajemnicy. Jej ujawnienie groziłoby… skandalem dyplomatycznym? No, już raczej wybuchem trzeciej wojny światowej, tym razem na bank z atomowymi grzybami w finale.

Taka sytuacja – przynajmniej o ile mi wiadomo – nigdy nie miała miejsca. Zresztą gdyby nawet miała, prawdopodobnie i tak moglibyśmy się o tym nie dowiedzieć. Ale rzeczywiście zdarzył się w sowieckiej marynarce bunt. I to właśnie z informacji o nim Clancy wywiódł pomysł na książkę. Bunt wybuchł na fregacie – a więc jednostce do zwalczania okrętów podwodnych – Storożewoj w listopadzie 1975 roku. Jego inicjatorem był oficer polityczny – czyli, jak to się niekiedy potocznie mawiało, politruk – Walerij Sablin. Nawiasem mówiąc, politruk na „Czerwonym październiku” kiepsko skończył. A do tego miał na nazwisko Putin, co, biorąc pod uwagę rzekomy profetyzm Clancy’ego, u wielu budzi różne… nadzieje, że u naszych wschodnich sąsiadów jeszcze będzie przepięknie.

Sablin był lustrzaną odwrotnością Ramiusa. Nie zbuntował się w imię kapitalistycznych mamideł zgniłego Zachodu, lecz z najczystszej, rewolucyjnej miłości do komunizmu, który w jego poczuciu zszedł w Związku Radzieckim na psy. Bunt został szybko zdławiony, a do tego przeciw Sablinowi obróciła się jego własna załoga. Sablin został skazany za zdradę. W Sowietach dostawało się za coś takiego 15 lat, jednak rewolucjonista ze Storożewoja zawarł przyjaźń z towarzyszem Makarowem. Lub innym, równie zasłużonym, który pomagał rozwiązywać tego typu problemy.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.