klawiatura

Elektroniczna wersja „Zawsze gdzieś jest piętnasta” i jeszcze kilka spraw

Tym razem czysto informacyjnie. Trochę to potrwało, ale w końcu przysiadłem na wiadomej części i zrobiłem e-bookową wersję „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. Lenistwo to jedna z tych cech, które kiedyś mnie zgubią.

Wydanie posiada oczywiście osobny, niezależny od edycji papierowej ISBN, a także nową okładkę mego jakże skromnego i zapewne dalekiego od ideału autorstwa. Ta z papieru była ciut za szeroka, więc choć wykonał ją profesjonalny grafik, który nie miałby nic przeciwko temu, abym ją wykorzystał, z żalem musiałem z niej zrezygnować. Każda sytuacja ma jednak pewne dobre strony. A najlepszą stroną tej jest to, że mogłem nieco bardziej uwydatnić ducha książki, a mniej skupić się – jeśli wolno mi tak rzec – na aspekcie towarzyskim, czego w drukowanej wersji nie sposób było uniknąć.

To samo tyczy się blurbu. Redagując go od nowa, naprawiłem błąd, który popełniłem chyba z pośpiechu. W wersji drukowanej za duży nacisk położyłem na łączność książki z poprzednią. To mogło stworzyć mylne wrażenie, że bez znajomości „Podążaj za snem” nie da się w pełni zrozumieć „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. To odstręczające – szczególnie dla przypadkowego klienta. A jak już wiele razy mówiłem, „Podążaj…” nie zamierzam wznawiać.

Nowy blurb prezentuje się tak:

(więcej…)

xfiles

Nowe lęki, stare Archiwum

Okej, skoro już weszliśmy w temat seriali, pozostańmy jeszcze trochę w tej orbicie. A w tym przypadku słowo „orbita” chyba wyjątkowo pasuje. Nie wspominając już, że powinienem był ten wpis przygotować na przykład na 2 lipca, czyli na 69 rocznicę domniemanej katastrofy pozaziemskiego statku pod Roswell. Byłoby cholernie zabawnie. Zwłaszcza że po latach posuchy w ufologicznym interesie znowu panuje ożywienie – Hilary Clinton zarzeka się, że jeśli zostanie wybrana na prezydenta, to ujawni prawdę o UFO, a przewodniczący Komisji Europejskiej ponoć ubolewa, że losem Europy zaniepokojeni są przywódcy innych planet.

Żarty żartami, ale tak zupełnie serio – ja wierzę w istnienie rozumnych istot w kosmosie. Przemawia za tym rachunek prawdopodobieństwa oraz banalny fakt, że ja te słowa piszę, a wy je czytacie. A jeśli gdzieś w ogonie jednej z przypadkowych galaktyk w przypadkowym zakątku wszechświata powstały warunki umożliwiające rozwinięcie się życiu, nic nie stoi na przeszkodzie, by takie samo zjawisko powtórzyło się gdzie indziej. Być może nawet w wielu miejscach. To, czy przedstawiciele tych gatunków faktycznie nas odwiedzili – a może wciąż to robią – stanowi osobną kwestię. Jestem jak najdalszy od wyśmiewania się z ludzi, którzy te sprawy badają.

„Archiwum X” miało niewątpliwie kolosalne zasługi w rozpropagowaniu tego zagadnienia. W Polsce lat dziewięćdziesiątych trafiło pod tym względem na podatny grunt, bo panował wówczas istny boom na zjawiska nadprzyrodzone. Było sporo poświęconych im programów telewizyjnych – choćby kultowa „Strefa 11” – wychodziło kilka czasopism i trochę książek. Były także seriale – m.in. świetna „Ziemia: ostatnie starcie” – jednak żaden z nich nie zdołał pobić „Archiwum X”.

(więcej…)

ash

Epicki camp, czyli Ash kopie tyłek martwemu złu

No cóż, ta chwila wreszcie musiała nadejść. A pomyślałem, że skoro już jestem w serialowym ciągu i do reszty rujnuję sobie opinię wykwintnego konesera kultury, równie dobrze mogę i to wziąć na warsztat. Przy czym pojęcie „bycia w serialowym ciągu” należy tutaj rozumieć jako fakt historyczny, bo serial, o którym chcę napisać, obejrzałem kilka ładnych miesięcy temu. Na bieżąco podzieliłem się jedynie wrażeniami z „11.22.63” i ostatnio z pierwszego odcinka „Strefy mroku”. Ale to i tak klimat retro, więc w sumie się nie liczy. Do „Asha” zaś wracam teraz, bo… wiadomo – lato, można ciut wyluzować.

Jednak zanim o potyczkach Asha ze złem AD 2015, pozwolę sobie na parę słów o oryginalnej trylogii „Evil Dead”. Trudno o tytuł bardziej ikoniczny dla ery VHS niż właśnie ten cykl. To jest wręcz, jeśli można tak powiedzieć, jej symbol. Każdy gdzieś kiedyś miał styczność albo z piracką wersją rozprowadzaną po znajomych, albo z kasetami z wypożyczalni, co, zwłaszcza w początkowym okresie działania tych przybytków, często wychodziło na to samo. Do mnie na piracie trafiła ostatnia część franszyzy, czyli „Armia ciemności” – znana także pod tytułem „Martwe zło 3”. Jedynkę z 1981 roku zobaczyłem w latach dziewięćdziesiątych w telewizji, a dwójkę, która była nie tyle kontynuacją, co poprawioną wersją jedynki z wyższym budżetem – ledwie kilka lat temu na DVD.

W przeciwieństwie do wielu miłośników serialowego rozwinięcia przygód Asha – a więc już zdradzam, że produkcja mi się podobała – nigdy nie byłem jakimś zagorzałym fanem serii, a remake’u z 2013 roku nie widziałem, więc wolę być cicho. Tak po prawdzie mój stosunek do pierwotnej franszyzy jest mocno ambiwalentny. Jedynka i dwójka zawsze nieco mnie nudziły. Dopiero „Armia ciemności” miała na tyle rozwiniętą fabułę, by mnie zainteresować. Tak, tak, wiem – znów herezja.

(więcej…)

strefamroku

Zimnowojenna strefa mroku

Skoro już mowa o podcastach dotyczących filmów – zwłaszcza tych starszych – nie sposób tu nie nadmienić o kolejnym projekcie Jacka Rokosza. Fanom podcastingu dał się poznać kilka lat temu, kiedy z Patrykiem Tomiczkiem otworzyli „Sklepik z horrorami”. Audycja ta, choć z początku słaba technicznie, zawsze stała na bardzo wysokim poziomie merytorycznym, dzięki czemu w pełni zasłużenie zyskała sobie miano kultowej wśród wielbicieli tak zwanego kina klasy B. Teraz po dłuższej nieobecności w Internecie Jacek wrócił z podcastem poświęconym oryginalnej „Strefie mroku” w reżyserii Roda Serlinga.

Podcast Jacka i Patryka był pierwszym, jakiego zacząłem słuchać. Zachwyciło mnie nie tylko to, że odgrzebują przykurzone perły kinematografii, ale też to, że potrafili o nich opowiadać z pasją i znawstwem. Kiedy więc odkryłem, że Jacek upichcił coś nowego – Patryk od pewnego czasu ma odrębny program na YouTube – od razu postanowiłem po to sięgnąć. Tym bardziej, że niegdyś nosiłem się z zamiarem obejrzenia produkcji Serlinga. Pamiętam, że oglądałem w telewizji kilka odcinków jej remake’u nakręconego w latach osiemdziesiątych. Poza tym – co Jacek przypomina już we wstępniaku – wpływ „Strefy mroku” na popkulturę był gigantyczny i wciąż jest eksplorowana przez nowe pokolenia twórców jako źródło inspiracji.

Jacek – jak się okazuje, istny psychofan „Strefy” – podjął się zadania karkołomnego, bo chce omówić każdy epizod, co, jeśli utrzyma tygodniowe tempo, zajmie mu trzy lata. Pomyślałem, że to dobry kop motywacyjny, by posiłkując się jego wiedzą, „Strefę” wreszcie nadrobić. I tak poznałem już sześć odcinków. Spokojnie, nie zamierzam tutaj referować każdego z osobna – nawiasem mówiąc, niedługo przed startem podcastu Jacka powstał blog w całości poświęcony „Strefie” – ale o wrażeniach z kilku z nich z pewnością będę chciał napisać. Między innymi o pierwszym.

(więcej…)

Na bloga

Kilka myśli po śmierci Paradowskiej

Tak, ten gruby łysy całkiem z lewej to ja. A ten tekst w żadnym razie nie będzie ani ckliwym epitafium w stylu „Ach, umarł Prince – od zawsze uwielbiałem Prince’a”, ani też żadną próbą podsumowywania czy rozliczania publicznej działalności Janiny Paradowskiej. Piszę go po prostu dlatego, że jej śmierć dotknęła mnie tak, jak zawsze dotyka śmierć kogoś, z kim miało się osobistą styczność. Nawet jeśli tego kogoś spotkało się tylko raz, i to w bardzo formalnych okolicznościach, człowiek ów w specyficzny sposób zamieszkuje w naszym wnętrzu. Choćby poprzez to, że dotknęliśmy jego dłoni, weszliśmy z nim w jakąś interakcję.

Prawdą jest też, że gdy przywołujemy zmarłych, myślimy zarówno o nich, jak i o sobie przez ich pryzmat. Zastanawiamy się, jaką drogę przebyliśmy od czasu ich spotkania, i co z relacji z nimi wynieśliśmy dla siebie. Mnie właśnie tego rodzaju refleksje nachodzą, kiedy spoglądam na to zdjęcie. Zdjęcie, o którego istnieniu – przyznam – zapomniałem i przypomniałem sobie dopiero przeczytawszy, że Paradowska nie żyje. Nie byłem nawet pewien, czy wciąż je mam. Zostało zrobione przed sześciu laty podczas dyskusji z Paradowską o kondycji mediów, którą zorganizowałem z pewnym moim znajomym w ramach stworzonego przez nas Klubu Idei. To był drugi panel z tego cyklu. Na poprzedni zaprosiliśmy redakcyjnego kolegę Paradowskiej – Jacka Żakowskiego.

Gdy więc teraz patrzę na tę fotografię i usiłuję odtworzyć w pamięci tamto upalne czerwcowe popołudnie, myślę przede wszystkim o tym, jak wiele i jak łatwo może poróżnić ludzi niegdyś sobie bliskich, a w każdym razie dzielących pewne wspólne przestrzenie. Ówże mój znajomy dziś jeździ na marsze KOD i z zaciętym wyrazem twarzy nazywa TVP „reżimową telewizją”. Ja mogę co najwyżej dziwić się, czemu nie protestował w imię zagrożonej demokracji, kiedy ABW wkroczyło do siedziby tygodnika „Wprost” lub gdy policja wyciągała dziennikarzy z tłumu w trakcie zamieszek pod PKW w 2014 roku.

(więcej…)

laguna

Z Hemingwayem na Golfsztromie

Moją miłość do prozy Ernesta Hemingwaya ostatecznie zabiły „Zielone wzgórza Afryki”. Jest to książka tak potwornie nudna i napompowana ego autora, że choć wydanie, które posiadam, liczy niecałe dwieście stron, jej zmęczenie zajęło mi kilka tygodni. Papa by się na taką opinię wściekł, bo uważał ją za jedną ze swych najbardziej udanych. Poza tym do szaleństwa kochał Afrykę, omal nie przypłaciwszy tej namiętności życiem, gdy miał tam wypadek samolotowy i przez kilka dni świat stawiał na nim krzyżyk. Zarówno przed „Zielonymi wzgórzami”, jak też i po nich, spłodził kilka lepszych rzeczy, jednak właśnie ta spowodowała u mnie przesyt.

Twórczość Hemingwaya zestarzała się być może dostojnie, lecz wyjątkowo szybko. Choć jest jedna jego powieść, o której nadal myślę ciepło i chętnie do niej wracam. W każdym razie do jej części. „Wyspy na Golfsztromie” zostały pierwszy raz opublikowane w 1970 roku, a więc blisko dekadę po samobójstwie pisarza. Mary, jego ostatnia żona, wydobyła ów tekst ze sterty pozostałych po Papie rękopisów, wśród których znalazł się też między innymi „Rajski ogród” – kawałek dosyć zagadkowy i z pewnością wart osobnego omówienia. Hemingway rozpoczął pracę nad „Wyspami” jeszcze przed wypadkiem, a ich fragment ujrzał światło dzienne za jego życia jako słynny „Stary człowiek i morze”.

Książka, mimo iż – jak w krótkim wstępie zastrzega Mary – w całości jest autorstwa Ernesta, tak naprawdę stanowi kompilację trzech odrębnych nowel, które łączy tylko postać głównego bohatera – malarza Thomasa Hudsona. I właśnie ta ich wzajemna autonomiczność sprawiała mi zawsze trudność w lekturze. Za każdym razem musiałem na nowo wczuwać się w sytuację Hudsona i poznawać go od zera. Dlatego robiąc sobie powtórki, zwykle poprzestaję na części pierwszej.

(więcej…)

nicniewidzialem

Dzieci ery VHS – „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” (1989)

Na początek mała zagadka. Pytanie: Jaka jest najbardziej samobójcza strategia prowadzenia bloga? Odpowiedź: Stworzyć najlepiej klikający się cykl, a następnie uzupełniać go mniej więcej raz na pół roku. Sukces gwarantowany. Właśnie tak jest z „Dziećmi ery VHS”. Znów do nich wracam po skandalicznie długiej przerwie, ale tym razem z mocnym postanowieniem, że już się tak nie zapuszczę. Zwłaszcza że te teksty rzeczywiście osiągają jakieś niesamowite wyniki. Praktycznie nie ma tygodnia, by ktoś do nich nie trafił. Wnioskuję z tego, że jest nas, wzdychających nostalgicznie za epoką magnetowidów, całkiem sporo.

A dziś na warsztat postanowiłem wziąć film, od którego właściwie powinienem był zacząć. A to dlatego, że kaseta z „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”, była pierwszą, jaka zjawiła się w naszym domu zaraz po kupnie wideo. No może nie pierwszą w ogóle, ale pierwszą, którą mieliśmy na własność. Nie pamiętam, w jakich dokładnie okolicznościach się u nas znalazła. Najprawdopodobniej odbyło się to w niezupełnie legalny sposób, o czym świadczy fakt, że na pudełku są oznaczenia wypożyczalni. Gdy teraz o tym myślę, coś mi niejasno świta, że wujek mógł ją nabyć za grosze od jakiegoś kolegi, który to kolega wcześniej był ją wypożyczył, lecz głód substancji wyskokowych zaciemnił mu sumienie.

Kaseta szybko przeszła na mój osobisty stan posiadania. Ponieważ dość długo była jedyną w mojej obecnie spoczywającej w piwnicy kolekcji, katowałem ją do zdarcia taśmy, ciesząc się, że oglądam film dla dorosłych, a nie jakieś głupie bajki. W sumie chyba właśnie celebracyjny aspekt miał większe znaczenie, niż sama treść, którą w końcu tak sobie wbiłem do głowy, że nawet teraz, ponad dwadzieścia lat później, potrafię bez problemu przywołać całe sekwencje i dialogi.

(więcej…)

ue

A ty w jakiej Europie się dziś obudziłeś?

Zwykle tego rodzaju hasła nie robią na mnie wrażenia. Są na ogół, jak wszystko dziś, pustymi sloganami mającymi wywołać określone emocje. W przypadku tego konkretnego pytania jest chyba jednak inaczej. Niezależnie od wyniku brytyjskiego referendum w sprawie wystąpienia z UE wydarzyła się ważna rzecz i jutro – właściwie już dziś – wszyscy obudzimy się w innej Europie. Na razie z tego, co sprawdzałem, według pierwszych nieoficjalnych wyników Brexit nie nastąpi. Choć ze świętowaniem lub, zależnie od sympatii, stypą warto jednak poczekać na oficjalne rozstrzygnięcie.

Stara, przećwiczona przez demoludy prawda mówi, że mniejsza o to, kto i jakie głosy oddaje, bo kluczowe jest i tak, kto je później liczy. Warto również – na co zwracali uwagę niektórzy komentatorzy – wziąć poprawkę na wpływ, jaki na decyzję głosujących mogła mieć śmierć Jo Cox – posłanki i gorącej zwolenniczki Unii, zabitej jakoby przez nacjonalistycznego radykała. Piszę „jakoby” nie po to, by sugerować czytelnikom jakieś spiskowe tropy – choć przecież i takiej ewentualności nie da się wykluczyć, kiedy w grę wchodzą interesy globalnych sił – lecz po to, by wskazać, jak ogromne znaczenie we współczesnej polityce ma socjotechnika.

Co do mnie, to choć z całego serca życzyłem wyspiarzom, aby opowiedzieli się za wyjściem, nie widziałem na to wielkich szans. Po pierwsze nawet gdyby wyniki referendum wskazywały na nie, proces ów, jak niejednokrotnie słyszeliśmy, potrwałby kilka lat i wiele mogłoby się w jego trakcie wydarzyć. A po drugie – no cóż, nie czarujmy się, proeuropejscy politycy w łonie samej Wielkiej Brytanii wespół ze swoimi towarzyszami w Brukseli i lobbystami podmiotów mogących na wyjściu stracić grube miliony (tu wstawić symbol dowolnej waluty) już na bank znaleźliby sposób, jak wyrażoną demokratycznie wolę społeczeństwa spuścić w toalecie. Są w tym wszak naprawdę świetni.

Dlaczego mimo to uważam, że w otaczającej nas eurorzeczywistości zaszła zmiana? Nie będę tu wybitnie oryginalny. Świadczy o niej już sam fakt, że do referendum w ogóle doszło. Jest to żółta kartka pokazana utopistom rojącym o Stanach Zjednoczonych Europy, a też zwiastun pewnych procesów, które w mniejszym lub większym nasileniu już od dłuższego czasu drążą od środka tego postawionego na glinianych nogach kolosa. Zaprzeczanie im nie ma żadnego sensu.

(więcej…)

ciszej

Ciszej nad tymi spojlerami

Spojlery nigdy nie stanowiły dla mnie problemu. Obcując z tekstami kultury, zwracam uwagę na inne aspekty niż to, kto zabił lub kto okazał się nie tym, za kogo początkowo się podawał. A choć rozumiem ludzi, którzy spojlerów jednak wolą unikać, trudno nie zauważyć, że walka z nimi urasta niekiedy we współczesnym świecie do rozmiarów absurdu. Dowodem na to jest choćby podany przez Onet news o zbieraniu we Włoszech podpisów pod petycją wzywającą do uznania ujawniania zakończeń filmów i seriali za przestępstwo. Przyznam, że czytając go, przecierałem oczy ze zdumienia.

A jeszcze bardziej zdziwiło mnie – by nie powiedzieć przeraziło – stwierdzenie, iż „taki apel wielu telewidzów i kinomanów od dawna chciało podpisać, ale nikt nie miał dotąd odwagi, by z nim wystąpić”. Gdyby faktycznie miało się to okazać prawdą, oznaczałoby, że osiągnęliśmy kolejny poziom charakterystycznej dla zachodniej cywilizacji manii regulowania wszystkiego za pomocą najrozmaitszych bzdurnych przepisów i dyrektyw. A w praktyce równałoby się po prostu cenzurze, którą można stosować na przykład wobec takich ludzi jak ja, dokonujących na swoich blogach czy gdziekolwiek indziej ciut głębszych interpretacji wytworów kultury masowej.

Czasem, by powiedzieć o książce lub filmie coś więcej, niż tylko kanoniczne „podobało się / nie podobało się”, trzeba wejść w szczegóły historii. Gdyby więc włoska propozycja jakimś cudem znalazła odzwierciedlenie w prawie – a nie daj Bóg w prawie unijnym – potencjalnie za choćby mój tekst o „Innych” mógłbym dostać grzywnę. A licho wie, czy sąd nie nakazałby mi go usunąć. No, chyba że wprowadzono by jakieś okresy ochronne, na przykład trzy lata od premiery. Dobra, hamuj! Nie podsuwaj im pomysłów!

(więcej…)

Zostaję wydawcą

Jest taka historyjka. Raz w pewnej wsi żył bardzo bogobojny człowiek. Któregoś dnia tę wieś nawiedziła powódź. Człowiek wspiął się na dach swego domu i zaczął się żarliwie modlić do Boga o ocalenie. Po kilku godzinach podpływa łódź. Hej, przyjacielu, zabierzemy cię stąd, skacz! – wołają do niego z łodzi. Dziękuję, ale wierzę, że Pan mnie ocali. Następnego dnia poziom wody podniósł się jeszcze bardziej, a skulony na dachu mężczyzna modlił się jeszcze goręcej. Nagle koło południa przyleciał helikopter. Spuszczają mu drabinkę. On na to: Nie, dziękuję, wierzę, że Pan mnie ocali.

W końcu woda zmyła go z dachu i utonął. Staje przed bożym tronem i rozżalony mówi: Tak bardzo w Ciebie wierzyłem! Wierzyłem, że Ty mnie uratujesz, ale zawiodłeś mnie. Ale jak to – odpowiada mu zaskoczony Bóg – przecież zareagowałem na twoje błagania. Wysłałem ci najpierw łódź, potem helikopter. Pouczające, prawda? Nawet jeśli ktoś jest ateistą. Można w miejsce Boga podstawić los i wyjdzie mniej więcej to samo. A ja ostatnio pomyślałem, że nie chcę być jak ten człowiek na dachu. Choć Boga w moje sprawy zbytnio nie mieszam – ma na głowie miliard innych, pilniejszych – istnieje możliwość, że gdy przed nim stanę, uleje się ze mnie jakaś żółć.

(więcej…)