Misery, czyli rzecz o potędze kiczu

Dlaczego „Misery” i czemu akurat teraz? Z kilku powodów. Najbardziej oczywisty to śnieg, a przecież ten film – bo powieść Kinga mimo wszystko w mniejszym stopniu – cały aż skrzy od zimy. Są teksty kultury, które najlepiej smakują w określonych porach roku – albo dlatego, że panuje w nich dokładnie taka sama pogoda, albo wprost przeciwnie. Są ludzie, którzy właśnie w ten sposób dobierają sobie repertuar. Przyznam, że nigdy tego nie próbowałem. W każdym razie niezupełnie świadomie, choć o ile dobrze sobie przypominam, „Misery” po raz pierwszy widziałem ponad dwadzieścia lat temu właśnie w okolicach grudnia lub stycznia.

Poza tym od dawna chodził mi po głowie cykl poświęcony filmom (a może też i książkom – się zobaczy) o pisarzach. Zgodnie z zasadą, że koszula bliższa ciału, a każdy ciągnie w swoją stronę, lubię tego rodzaju produkcje. Na przykład powieści, których głównym bohaterem jest pisarz, a zwłaszcza te mniej lub bardziej podszyte autobiografizmem, wydają mi się o wiele uczciwsze i, jakkolwiek podejrzanie to brzmi, prawdziwsze niż te, w których autor sili się na udawanie, że zna cokolwiek poza sobą. Cykl miałem rozpocząć innym tytułem, a też już na wstępie łamię tu własną zasadę, że każdą z omawianych rzeczy sobie odświeżam, ale wyszło, jak wyszło.

(więcej…)

Królik w niedzielę #3 – Całkiem współczesne serialowe retro

W minionym roku zobaczyłem niesamowitą jak na mnie ilość seriali, bo aż… sześć. Dlatego w trzeciej odsłonie naszych niedzielnych pogawędek postanowiłem udać się w ich świat. A konkretnie dwóch z nich: „Ash vs Evil Dead” i absolutnego hitu minionego lata „Stranger Things”. Postaram się jednak mówić o nich nie w konwencji recenzenckiej, a raczej na ich przykładzie ukazać zjawisko tzw. retromanii, która coraz wyraźniej uwidacznia się w dzisiejszej kulturze, a nawet – podobno! – w polityce. Pokażę, jak przejawia się ona w tych konkretnych serialach, i spróbuję zmierzyć się z pytaniem, czy powrót do przeszłości jest w ogóle możliwy.

Ponadto zdradzę, który z obejrzanych przeze mnie seriali uważam za najlepszy. Dodam, że bynajmniej nie jest to żaden z dwóch wymienionych powyżej.

Zapraszam do odsłuchu.

Dzieje moich perypetii z Ubuntu… i z reklamacjami

Ano tak, będzie o komputerach. Znów odrobinkę nietypowo jak na ten blog. A może właśnie – wbrew pozorom – bardzo typowo? Bo w sumie mniej o komputerach, a więcej o ludziach? I o pewnej kulturze? Miałem na dzisiejszą nasiadówkę zaplanowany inny wpis, lecz doszedłem do wniosku, że warto tę historię opowiedzieć. Ku przestrodze, a też ku rozrywce – zwłaszcza dla tych oblatanych, którzy wiedzą co i jak, i dla których moje przygody to czyste zrywanie boków. No dobrze, ale na razie będzie jednak więcej o komputerach.

Bo otóż postanowiłem sobie takowy sprawić. Moja stara wierna Toshiba na jesieni dociągnie do ósmego roku służby i nie ma co kryć, że ząb czasu odcisnął na niej już swoje piętno. Już dwa lata temu, gdy po raz pierwszy poświęciłem jej na blogu kilka rzewnych akapitów, miała stan przedzadyszkowy, ale teraz naprawdę czuć, że chce przejść na spoczynek. Pomijam tak banalne kwestie jak zużycie matrycy czy niewspierana od kilku miesięcy wersja Windowsa. Po prostu widać ogólne zmęczenie. Co jakiś czas zdarzy się spektakularna zwiecha, na którą nawet rutynowe odmulanie nie pomaga. Właściwie nie wchodzę na niej do netu – wiadomo, niebezpiecznie.

(więcej…)

Ad vocem do „Władców uszu”

Wstyd się przyznać, ale przeglądając działy kultury w gazetach, zazwyczaj pomijam teksty o muzyce i tematach z nią pokrewnych. Mimo wieloletnich prób, smakowania tego i owego, po prostu jakoś nie zdołałem wyrobić w sobie ukierunkowanych w tym zakresie zainteresowań. Nie żeby muzyka w ogóle dla mnie nie istniała – mam kilku ulubionych wykonawców, kilka utworów, do których wracam, a nawet zdarza mi się słuchać przy codziennych czynnościach – ale ta dziedzina kultury jako całość nie wzbudza we mnie większych emocji. Co – jak dałem już do zrozumienia – nie stanowi dla mnie tytułu do chluby.

Artykuł Grzegorza Brzozowicza pt. „Władcy uszu” zamieszczony w noworocznym numerze „Do rzeczy” też najpewniej bym przeskoczył, gdyby nie przykuwająca uwagę całostronicowa fotografia Tomasza Beksińskiego. Wiąże się to oczywiście z wrażeniem, jakie zrobił na mnie film „Ostatnia rodzina”, i ze stanowiącym jego konsekwencję przekonaniem, że w czasach, gdy Beksiński zaczął celebrować swój mroczny mistycyzm w radiowej Trójce, polubiłbym go. Powiedzmy, że ja i Beksiński dzieliliśmy pewien wspólny obszar zainteresowań, a moje wkroczenie weń przebiegało mniej więcej w tym samym czasie, w którym on przyszedł na Myśliwiecką. Naprawdę żałuję, że właściwie nie słuchałem wtedy radia.

(więcej…)

Królik w niedzielę #2 – Moje polskie filmy 2016 roku

W drugim odcinku mojego niedzielnego podcastu trochę zachwycam się zimową aurą i narzekam na zamknięte kina, w których straszy, ale głównie opowiadam o polskich filmach, które zobaczyłem w ubiegłym roku. O… naprawdę dobrych polskich filmach.

Oczywiście będę niezmiernie wdzięczny za polubienie (tu bądź na YouTube) lub udostępnienie tego materiału Waszym znajomym, co zwiększy jego zasięg i pozwoli mi dotrzeć do nowych Odbiorców.

Życzę dobrego odbioru i wspaniałej niedzieli.

Mój noworoczny coming out, czyli dlaczego piszę

Są sprawy, które trzeba załatwić, by móc ruszyć dalej. Są takie teksty, które po prostu trzeba kiedyś napisać, bo od dawna w tobie pęcznieją i domagają się ujścia. Są kroki, które muszą zostać uzasadnione, i tajemnice, które trzeba wywlec na światło dzienne, by pozostać fair wobec siebie i tej garstki, dla której to, co robisz, ma jakikolwiek sens. Są wreszcie tematy, które jak żadne inne nadają się właśnie na początek roku, gdy potrzebujesz kopa na rozpęd, a wszystkie najlepsze anegdoty – jak choćby ta o sąsiedzie, który rok temu zjawił się u ciebie z życzeniami, utrzymując, że przez ostatnich kilka miesięcy był zagranicą, choć w tym okresie wielokrotnie go spotykałeś – już utraciły swój termin przydatności.

Poza tym… wiecie, jak to jest – nowy rok, nowy początek, ale i okazja do spojrzenia wstecz, do dokonania kilku obrachunków i odpowiedzenia samemu sobie na kilka pytań, których i tak zbyt długo się unikało. A im więcej lat na karku, tym częściej człowiek ogląda się przez ramię i usiłuje zsyntetyzować przeszłość. A ja, jakby nie patrzeć, ukończyłem w październiku tych lat trzydzieści i siedem. Niedługo dotrę – ba, może już powoli docieram? – do magicznego punktu, w którym co prawda wciąż jeszcze więcej ma się przed sobą niż za sobą, ale mimo to niektóre ścieżki są już dla nas nieosiągalne, gdyż w swoim zasadniczym kształcie zostaliśmy zdefiniowani i jeśli nawet mogą nastąpić jakieś przeobrażenia, to tylko w jego ramach.

(więcej…)

Ziemia jest wklęsła, a Władimir Putin to reptilianin

Do sporządzenia tych kilku okołomedialnych uwag skłonił mnie wpis Michała Góreckiego. A właściwie nie tyle skłonił, co raczej przelał pewien kielich, którego zawartość i tak prędzej czy później spłynęłaby mi na klawisze. Górecki jedynie ten proces lekko przyspieszył. Nie jest to więc żadna polemika z nim – o co byłoby trudno, zważywszy na fakt, że w zasadzie z jego obserwacjami się zgadzam – a jedynie mój równoległy głos w tym samym temacie, który siłą rzeczy do tekstu Góreckiego mniej lub bardziej będzie zmuszony się odnieść.

A tekst ów można by streścić następująco: wraz z rozwojem internetu miała wreszcie nadejść epoka informacji, tymczasem stało się dokładnie na odwrót – zapanowała jeszcze gorsza dezinformacja i bałagan niż w czasach, gdy medialny monopol dzierżyły duże koncerny i ściśle wyselekcjonowani specjaliści. Wtedy wiedzieliśmy tylko tyle, ile oni chcieli, żebyśmy wiedzieli – dziś, choć praktycznie każdy ma w zasięgu ręki narzędzia, dzięki którym może się stać dziennikarzem, wiemy jeszcze mniej. Dawniej informacji było jak na lekarstwo – teraz jest ich za dużo. Dosłownie zalewa nas informacyjny śmieć (fast food) o zerowej wartości, a media zmieniły się w ośrodki propagandy.

Tak zupełnie na marginesie – że pozwolę sobie na drobną złośliwość – skoro Górecki sam się deklaruje jako niekibicujący obecnej ekipie, to skąd w takiej sytuacji może mieć pewność, że dane wejściowe, które go do tejże ekipy zraziły, są wiarygodne? Skąd wie, czy komuś nie zależało, by właśnie taką opinię w nim wyrobić? Zwłaszcza że – wedle jego własnej diagnozy – manipulują i na potęgę kreują wszyscy. Co oczywiście nie zmienia podstawowej konkluzji, że trafił w punkt.

(więcej…)

„Przepustka” – spóźniony prezent pod choinkę

Poświąteczne rozstrojenie skutecznie blokuje siły twórcze, choć bardzo zależy mi, żeby przed końcem roku na blogu ukazał się przynajmniej jeszcze jeden materiał. Dlatego też zamiast któregoś z planowanych postanowiłem wrzucić tu moją najświeższą youtubową produkcję, jednocześnie żywiąc nadzieję, że cholesterol czym prędzej udrożni arterie odpowiedzialne za flow. Od poprzedniego nagrania minęło już stanowczo zbyt dużo czasu.

„Przepustka” pierwotnie ukazała się pięć lat temu w antologii „Swoją drogą”. Wybrałem ją do rewitalizacji nie tylko ze względu na wpisującą się w bożonarodzeniowy okres tematykę. Co zabawne, pracowałem nad nią głównie w środku lata i na jesieni 2010 roku. W jakimś sensie jest to opowiadanie dla mnie osobiście szczególne. Przede wszystkim uważam je za jedno z najbardziej udanych z tych, jakie dotychczas ogłosiłem tu i tam. Poza tym jest utrzymane w konwencji, w której dziś już nie potrafię tworzyć, a w każdym razie nie zanosi się, bym miał do niej wrócić. Wtedy jeszcze wierzyłem w tak zwany twardy, obiektywny realizm.

(więcej…)

Nie łudźmy się, że tu chodzi o coś innego niż tożsamość

To nie będzie tekst polityczny. Przynajmniej nie w potocznym rozumieniu tego słowa. Kilka miesięcy temu zdecydowałem, że na tym blogu nigdy więcej polityki nie będzie, i zamierzam tego wydanego samemu sobie postanowienia dotrzymać. Postąpiłem tak z wielu powodów – bo nie ma potrzeby wyważać otwartych drzwi (tym przecież w dużej mierze jest publicystyka polityczna), bo nie posiadam wystarczających kwalifikacji, tudzież rzetelnej wiedzy, żeby się nią zajmować na poziomie wyższym niż „a bo ja mam poglondy, to siem wypowiem, bo mam neta i mogiem”.

Do tego dobrowolnego samoograniczenia, zejścia z linii ognia, skłoniły mnie pewne, nazwijmy je tak, osobiste okoliczności. Nie oznacza to – jak już podkreślałem – rezygnacji z poglądów czy też ich zmiany. Ani moje poglądy, ani to, na jaką partię oddałem głos, nie jest żadną tajemnicą. Kto chce, może to bez problemu odgrzebać. Z bloga co prawda usunąłem ponad trzydzieści tekstów o jawnie zaangażowanym wydźwięku, ale nawet z tych, które zostały, da się moje zapatrywania zrekonstruować. Przysiągłem sobie jedno: nikt więcej nie dowie się, gdzie na karcie wyborczej stawiam krzyżyk i czy nadal jest to ta sama partia.

(więcej…)