Zrobiłem to! W końcu obejrzałem „Misia”

Postanowiłem więc iść za ciosem i po nostalgiczno-refleksyjnej podróży ze „Zmiennikami” wreszcie zmierzyć się z „Misiem”. Podejrzewałem, że nie będzie to łatwe doświadczenie. Nie tyle nawet ze względu na formę, co raczej na fakt, iż jest to jedno z tych szczególnych dzieł, do tego stopnia zakorzenionych w kulturze i przyswojonych przez masową świadomość, że nie trzeba bezpośrednio go znać, by poczuwać się do partycypowania w nim. Konfrontacja z rzeczywistym materiałem źródłowym często w takich wypadkach potrafi przynieść głębokie rozczarowanie. Może zresztą po części właśnie dlatego tak długo „Misia” unikałem.

Od razu zastrzegam, że ta obawa niestety się sprawdziła. A przynajmniej na początku. Dość powiedzieć, że już dawno żadnego filmu nie przyswajałem na raty. „Misia” mam na dwóch płytach i po zakończeniu pierwszej byłem nim już tak znużony i zagubiony, że po prostu nie włożyłem drugiej. I nawet nie było mi z tego powodu specjalnie żal ani wstyd. Z jednej strony ucieszyłem się, że wreszcie mogłem te kultowe cytaty, którymi wszyscy się przerzucają – a w każdym razie część z nich – umiejscowić w konkretnych sytuacjach. Z drugiej dominującym uczuciem była kompletna bezkształtność i niemożność zżycia się z bohaterami, wejścia w ich położenie.

(więcej…)

Co nam się urodziło nad zupą pho

Zamówiliśmy po dużej porcji. Trochę nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak DUŻA ona naprawdę jest. Kiedy chłopak niósł pierwszą miskę, bałem się, że runie z nią jak długi, zanim dodrepcze do stolika. Drobny był, niewysoki. Teraz powinienem dodać, że miał typowo azjatyckie rysy, ale licho jedno wie, czy ktoś nie uzna tego za dyskryminujące lub – odpukać w niemalowane – rasistowskie. Takich oto, Macieju, ciekawych czasów dożyliśmy. Ale nieważne. Jest sobota, knajpa praktycznie pusta. K gmera w swojej zupie łyżką, martwiąc się, że jakaś mętna. No ale bierze łyk i stwierdza, że na szczęście nie skisła ani nic takiego. Jemy.

(więcej…)

Strategie ogrywania Londynu

Współczesne wydarzenia to obrazy. A obrazy pociągają za sobą określone emocje, które w tempie błyskawicy rozchodzą się po mediach społecznościowych. Tuż po londyńskim ataku jedną z jego najbardziej wymownych ikon stało się rozsyłane po Twitterze zdjęcie, na którym widać, jak Tobias Ellwood, poseł Partii Konserwatywnej oraz były wiceminister brytyjskiego MSZ, usiłuje ratować policjanta dźgniętego nożem przed gmachem parlamentu. Na portalach, które podały ten news, mogliśmy przeczytać, że Ellwood to były żołnierz, a na dodatek stracił brata w zamachu na Bali w 2002 roku.

(więcej…)

Co w szerszej perspektywie można wywnioskować z afery Dekana?

„Wiadomości” poinformowały o… właściwie nie wiem, jak to nazwać… instrukcji? liście? okólniku? szefa koncernu Ringier Axel Springer Marka Dekana do polskich dziennikarzy pracujących w podległych mu mediach. Kilka portali opublikowało jego pełną treść. Zrobiło się, co zrozumiałe, duże poruszenie, bo choć tekst nie ma formy otwarcie instruktażowej – stąd moje problemy z jednoznacznym przystaniem na proponowane przez oburzonych prawicowych publicystów nazewnictwo – nie sposób zaprzeczyć, że zawiera pewien rodzaj wytycznych, jak należy przedstawiać miejsce Polski w UE i stosunek doń obecnego rządu.

Całość w zasadzie dałoby się zsumować w kilku punktach. Reelekcja Donalda Tuska była nie tylko jego osobistą wygraną, ale zwycięstwem części Polski, która odczuwa dumę z należenia do Unii. Wartości europejskie wygrały z populizmem, a sama Europa ma już dość cackania się z maruderami i malkontentami. Nie warto zabiegać o jedność za wszelką cenę. Rozsądni pójdą w awangardzie, a kto się waha, niech zostanie w tyle. Ma to kluczowe znaczenie dla Polski, która będzie musiała w końcu wybrać, czy – jak to obrazowo ujmuje Dekan – wjedzie na pas szybkiego ruchu, wolnego, czy może zboczy na parking. Bo i takowe mają się pojawić. I tu wkraczają… wolne media.

(więcej…)

O co chodzi z tą jednolitą ceną książki?

Od razu się przyznam, że ten tekst dyktuje mi wkurzenie. Po prostu nie lubię, kiedy nagle muszę zmieniać plan, a już zwłaszcza, gdy jest na to wyjątkowo mało czasu. Jak być może niektórzy z Szanownych Czytelników wiedzą, od kilku tygodni współpracuję z Polskim Radiem 24, gdzie robię codzienne przeglądy internetu. Otwierającym tematem wczorajszego (dziś jest środa, co zastrzegam, bo nie wiem, czy uda mi się skończyć za jednym posiadem) miała być tzw. ustawa o jednolitej cenie książki, którą zainteresowana sprawą część sieci żyje od paru dni. Pojawiło się kilka głosów, chciałem więc je zaprezentować.

Niestety w ostatniej chwili musiałem cały wątek, kolokwialnie mówiąc, wywalić w kosmos. Dlaczego? Bo tuż przed tym, jak miałem iść do studia, na jednym z portali pojawił się materiał, który całe (również moje) wkurzenie na rząd za to, że ulega lobby dużych graczy i wprowadza księgarski socjalizm, nie tyle nawet unieważnił, co po prostu wziął w nawias. Mogłem udać, że go nie zauważyłem, i po prostu wykonać robotę w pierwotnym kształcie, ale z drugiej strony… Dobra, pomińmy napuszone slogany o uczciwości i etyce. Tak czy siak musiałem szyć, w związku z czym przegląd wyszedł gorzej, niż mógł. Ale obiecałem sobie do tematu wrócić.

(więcej…)

Co po latach zobaczyłem w „Zmiennikach”

Szukałem jakiegoś filmu na sobotni wieczór. Kilka razy przetrząsnąłem całą płytotekę, ale nic mi nie pasowało. Wreszcie trafiłem na nagranych na dwóch płytach „Zmienników”, których kiedyś podarował mi znajomy. Żadne tam oryginalne wydanie – zresztą nawet nie wiem, czy takie w ogóle istnieje – po prostu zapis z TV Polonia z anglojęzyczną listą dialogową. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu „Zmiennicy” chyba dość często lecieli w telewizji, na ogół właśnie na TV Polonia. Pomyślałem: w sumie czemu nie. No to urządziliśmy sobie z lepszą połówką małą podróż sentymentalną przez dwa weekendy.

A jak „Zmiennicy”, to, ma się rozumieć, i Stanisław Bareja. Mi jakoś nigdy nie było z nim po drodze. Nie to, żebym go nie cenił czy nie lubił. Mam kilka jego filmów, a niektóre jeszcze w latach 90 oglądałem w telewizji. Tyle że wtedy jego poetyka nie zgrywała się z moim gustem ukształtowanym przez amerykańską papkę, a kiedy na przełomie wieków potencjalnie byłem w stanie zrozumieć, o co w niej szło, odstręczył mnie panujący wówczas wokół Barei swoisty kult, którego wyrazem była między innymi książka Wojciecha Łuczaka. Już tak mam. Z tego powodu na przykład długo wzdragałem się przed zobaczeniem „Rejsu”. „Misia” – o, zgrozo! – nie widziałem do dziś, choć powoli dojrzewam, by ten seans odbyć.

(więcej…)

Pytania o Europę w cieniu Altiero Spinellego

Nie odwiedza się czyjegoś grobu i nie składa na nim kwiatów, jeśli się tego kogoś nie darzyło szacunkiem. Nie nazywa się czyimś imieniem budynku – zwłaszcza kiedy mieści on siedzibę poważnej instytucji mającej wpływ na życie milionów ludzi – jeśli się przynajmniej w jakimś stopniu nie podziela głoszonych przez tę osobę idei. I wreszcie – nie powołuje się think tanku, który te idee czyni swoją myślą przewodnią, jeśli za jego pomocą nie zamierza się ich wcielać w życie. Kolejna teoria spiskowa? Nic z tych rzeczy. Suche fakty plus kilka nasuwających się w związku z nimi pytań.

Ich kontekstem i wymownym tłem jest zarówno unijny szczyt w Brukseli, który w chwili, gdy piszę te słowa, jeszcze się nie zaczął, jak też zbliżająca się sześćdziesiąta rocznica podpisania traktatów rzymskich, stanowiących ważny kamień milowy na drodze powstania UE. Warto tu przypomnieć, że ledwie dwa dni przed brukselskim szczytem doszło w Wersalu do spotkania przywódców czterech państw zaliczanych dziś do tzw. twardego jądra Unii, podczas którego Angela Merkel i Francois Hollande głośno powiedzieli, a więc niejako oficjalnie potwierdzili, to, co wielu mówi już od dawna: a mianowicie, że nie da się uniknąć Europy wielu prędkości. Nawet nie dwóch, a właśnie wielu różnych.

(więcej…)

Czy zawsze warto rozmawiać?

Tekst o takim tytule ogłosiłem już kiedyś na jednym ze starych blogów. Nieźle mi się wtedy w prywatnej rozmowie oberwało od kogoś, kto poczuł się bezpośrednio dotknięty użytym w nim porównaniem ludzi gotowych w dialogicznym zapale zrezygnować z własnych zasad do kobiet lekkiego prowadzenia się. Później nawet tej frywolności trochę żałowałem i w jakiejś mierze nadal żałuję, choć niestety czas pokazał, że w odniesieniu do środowiska, z którego ów ktoś się wywodził, miałem rację. Ale mniejsza z tym. Było, minęło. Nie chcę tu rozliczać starych spraw. Dlaczego więc do tematu powracam?

Ano dlatego, że od niedawna tak zwane zawodowe obowiązki zmuszają mnie do codziennej lektury portali informacyjno-publicystycznych w znacznie większych ilościach, niż zwykłem ostatnimi miesiącami czynić. I w związku z tym tytułowe pytanie znowu mocno mnie nurtuje. Ma ono poniekąd związek z tym, co w notce o 60-leciu „Polityki” napisałem o pluralizmie. A też, częściowo, na bardziej symbolicznym planie, z fragmentem ewangelii o kuszeniu Jezusa przez diabła na pustyni, które w minioną niedzielę odczytywano na mszach. Wbrew pozorom sięganie tak wysoko wcale nie jest w tym kontekście od czapy, jeżeli dobrze się w tę biblijną historię wgryźć.

(więcej…)

Kukiz szuka głosu… tylko czy znajdzie?

Podobno cały czas nagrywa. Zastrzegam się, bo – jak już kiedyś pisałem – nie jestem zbyt mocno osadzony w kulturze muzycznej i nie śledzę na bieżąco tego, co się w niej dzieje. Ale jeśli rzeczywiście wciąż zagląda do studia, to podejrzewam, że jako czynny polityk pewnie miewa poczucie stania w rozkroku. Jak to mówią: nie da się dwóm panom służyć, a sztuka (polityka przecież też poniekąd nią jest) to zaborcza pani. Po cichu trochę liczyłem, że Maciej Pieczyński zahaczy o ten wątek w wywiadzie z Kukizem w „Do rzeczy”. To, że nie zahaczył, oznacza, iż Kukiz wizerunkowo już całkowicie przeszedł do świata polityki.

Jeśli więc faktycznie zdarza mu się nadal sięgać po mikrofon – a słyszałem, że też koncertuje – to owo odium polityczności (upolitycznienia?) siłą rzeczy musi mu towarzyszyć. To zresztą swoisty paradoks: Kukiz jako twórca nigdy specjalnie nie kojarzył mi się z tak rozumianym aktywizmem – i to biorąc poprawkę na drapieżność części jego tekstów – a jednak to właśnie on formalnie wcielił w czyn marzenie wielu autorów protest songów o sztuce zaangażowanej. Nie podejmuję się rozstrzygać, czy istnieje bezpośrednie junkting między jego zapatrywaniami na muzykę i jej rolę w życiu społecznym a tym, co teraz robi – przypuszczam, że dla niego może istnieć – niemniej skoro chce być jednoznacznie traktowany jako polityk, uszanuję to.

(więcej…)

Czytając jubileuszowy numer „Polityki”

Zacznę może od tego, że jest to bardzo ładne, bardzo estetyczne wydanie. Złoty front i wielka liczba 60 zachęcają do sięgnięcia. Do podtytułu „60 lat złudzeń, wiary i uporu” też właściwie nie sposób się przyczepić. Podobnie jak do przewodniego, przewijającego się przez większość tekstów – zarówno wspomnieniowych, jak bieżących – hasła numeru: „Od PRL do PRL-PiS”. Gdy brnę przez kolejne strony, narasta we mnie towarzyszące mi chyba zawsze przy lekturze tego tygodnika wrażenie spójności, jakiejś takiej elementarnej szczerości, nie udawania, że się jest czymś innym, niż się faktycznie jest.

Trzy kluczowe, wytłuszczone na okładce pojęcia chyba rzeczywiście oddają istotę fenomenu „Polityki”. Ale też – tak sobie teraz myślę – w jakiś sposób definiują jej tragizm. Złudzenia najpierw co do komunizmu, a potem do stanowiącej jego przewrotne przedłużenie liberalnej demokracji. Wiara w każdy z tych systemów, mimo widocznych w nich oczywistych pęknięć i ciosów, które szczególnie komunizm ludziom związanym z tym środowiskiem  nie raz i nie dwa wymierzył. I wreszcie upór – kategoryczny, graniczący z fanatyzmem – by do upadłego przy nich trwać. Po części z przekonania o ich dziejowej słuszności, a po części ze strachu, że przyjdzie zła prawica. I to wszystko tam jest jak na dłoni.

(więcej…)