Z Hemingwayem na Golfsztromie

Moją miłość do prozy Ernesta Hemingwaya ostatecznie zabiły „Zielone wzgórza Afryki”. Jest to książka tak potwornie nudna i napompowana ego autora, że choć wydanie, które posiadam, liczy niecałe dwieście stron, jej zmęczenie zajęło mi kilka tygodni. Papa by się na taką opinię wściekł, bo uważał ją za jedną ze swych najbardziej udanych. Poza tym do szaleństwa kochał Afrykę, omal nie przypłaciwszy tej namiętności życiem, gdy miał tam wypadek samolotowy i przez kilka dni świat stawiał na nim krzyżyk. Zarówno przed „Zielonymi wzgórzami”, jak też i po nich, spłodził kilka lepszych rzeczy, jednak właśnie ta spowodowała u mnie przesyt.

Twórczość Hemingwaya zestarzała się być może dostojnie, lecz wyjątkowo szybko. Choć jest jedna jego powieść, o której nadal myślę ciepło i chętnie do niej wracam. W każdym razie do jej części. „Wyspy na Golfsztromie” zostały pierwszy raz opublikowane w 1970 roku, a więc blisko dekadę po samobójstwie pisarza. Mary, jego ostatnia żona, wydobyła ów tekst ze sterty pozostałych po Papie rękopisów, wśród których znalazł się też między innymi „Rajski ogród” – kawałek dosyć zagadkowy i z pewnością wart osobnego omówienia. Hemingway rozpoczął pracę nad „Wyspami” jeszcze przed wypadkiem, a ich fragment ujrzał światło dzienne za jego życia jako słynny „Stary człowiek i morze”.

Książka, mimo iż – jak w krótkim wstępie zastrzega Mary – w całości jest autorstwa Ernesta, tak naprawdę stanowi kompilację trzech odrębnych nowel, które łączy tylko postać głównego bohatera – malarza Thomasa Hudsona. I właśnie ta ich wzajemna autonomiczność sprawiała mi zawsze trudność w lekturze. Za każdym razem musiałem na nowo wczuwać się w sytuację Hudsona i poznawać go od zera. Dlatego robiąc sobie powtórki, zwykle poprzestaję na części pierwszej.

(więcej…)

Dzieci ery VHS – „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” (1989)

Na początek mała zagadka. Pytanie: Jaka jest najbardziej samobójcza strategia prowadzenia bloga? Odpowiedź: Stworzyć najlepiej klikający się cykl, a następnie uzupełniać go mniej więcej raz na pół roku. Sukces gwarantowany. Właśnie tak jest z „Dziećmi ery VHS”. Znów do nich wracam po skandalicznie długiej przerwie, ale tym razem z mocnym postanowieniem, że już się tak nie zapuszczę. Zwłaszcza że te teksty rzeczywiście osiągają jakieś niesamowite wyniki. Praktycznie nie ma tygodnia, by ktoś do nich nie trafił. Wnioskuję z tego, że jest nas, wzdychających nostalgicznie za epoką magnetowidów, całkiem sporo.

A dziś na warsztat postanowiłem wziąć film, od którego właściwie powinienem był zacząć. A to dlatego, że kaseta z „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”, była pierwszą, jaka zjawiła się w naszym domu zaraz po kupnie wideo. No może nie pierwszą w ogóle, ale pierwszą, którą mieliśmy na własność. Nie pamiętam, w jakich dokładnie okolicznościach się u nas znalazła. Najprawdopodobniej odbyło się to w niezupełnie legalny sposób, o czym świadczy fakt, że na pudełku są oznaczenia wypożyczalni. Gdy teraz o tym myślę, coś mi niejasno świta, że wujek mógł ją nabyć za grosze od jakiegoś kolegi, który to kolega wcześniej był ją wypożyczył, lecz głód substancji wyskokowych zaciemnił mu sumienie.

Kaseta szybko przeszła na mój osobisty stan posiadania. Ponieważ dość długo była jedyną w mojej obecnie spoczywającej w piwnicy kolekcji, katowałem ją do zdarcia taśmy, ciesząc się, że oglądam film dla dorosłych, a nie jakieś głupie bajki. W sumie chyba właśnie celebracyjny aspekt miał większe znaczenie, niż sama treść, którą w końcu tak sobie wbiłem do głowy, że nawet teraz, ponad dwadzieścia lat później, potrafię bez problemu przywołać całe sekwencje i dialogi.

(więcej…)

A ty w jakiej Europie się dziś obudziłeś?

Zwykle tego rodzaju hasła nie robią na mnie wrażenia. Są na ogół, jak wszystko dziś, pustymi sloganami mającymi wywołać określone emocje. W przypadku tego konkretnego pytania jest chyba jednak inaczej. Niezależnie od wyniku brytyjskiego referendum w sprawie wystąpienia z UE wydarzyła się ważna rzecz i jutro – właściwie już dziś – wszyscy obudzimy się w innej Europie. Na razie z tego, co sprawdzałem, według pierwszych nieoficjalnych wyników Brexit nie nastąpi. Choć ze świętowaniem lub, zależnie od sympatii, stypą warto jednak poczekać na oficjalne rozstrzygnięcie.

Stara, przećwiczona przez demoludy prawda mówi, że mniejsza o to, kto i jakie głosy oddaje, bo kluczowe jest i tak, kto je później liczy. Warto również – na co zwracali uwagę niektórzy komentatorzy – wziąć poprawkę na wpływ, jaki na decyzję głosujących mogła mieć śmierć Jo Cox – posłanki i gorącej zwolenniczki Unii, zabitej jakoby przez nacjonalistycznego radykała. Piszę „jakoby” nie po to, by sugerować czytelnikom jakieś spiskowe tropy – choć przecież i takiej ewentualności nie da się wykluczyć, kiedy w grę wchodzą interesy globalnych sił – lecz po to, by wskazać, jak ogromne znaczenie we współczesnej polityce ma socjotechnika.

Co do mnie, to choć z całego serca życzyłem wyspiarzom, aby opowiedzieli się za wyjściem, nie widziałem na to wielkich szans. Po pierwsze nawet gdyby wyniki referendum wskazywały na nie, proces ów, jak niejednokrotnie słyszeliśmy, potrwałby kilka lat i wiele mogłoby się w jego trakcie wydarzyć. A po drugie – no cóż, nie czarujmy się, proeuropejscy politycy w łonie samej Wielkiej Brytanii wespół ze swoimi towarzyszami w Brukseli i lobbystami podmiotów mogących na wyjściu stracić grube miliony (tu wstawić symbol dowolnej waluty) już na bank znaleźliby sposób, jak wyrażoną demokratycznie wolę społeczeństwa spuścić w toalecie. Są w tym wszak naprawdę świetni.

Dlaczego mimo to uważam, że w otaczającej nas eurorzeczywistości zaszła zmiana? Nie będę tu wybitnie oryginalny. Świadczy o niej już sam fakt, że do referendum w ogóle doszło. Jest to żółta kartka pokazana utopistom rojącym o Stanach Zjednoczonych Europy, a też zwiastun pewnych procesów, które w mniejszym lub większym nasileniu już od dłuższego czasu drążą od środka tego postawionego na glinianych nogach kolosa. Zaprzeczanie im nie ma żadnego sensu.

(więcej…)

Ciszej nad tymi spojlerami

Spojlery nigdy nie stanowiły dla mnie problemu. Obcując z tekstami kultury, zwracam uwagę na inne aspekty niż to, kto zabił lub kto okazał się nie tym, za kogo początkowo się podawał. A choć rozumiem ludzi, którzy spojlerów jednak wolą unikać, trudno nie zauważyć, że walka z nimi urasta niekiedy we współczesnym świecie do rozmiarów absurdu. Dowodem na to jest choćby podany przez Onet news o zbieraniu we Włoszech podpisów pod petycją wzywającą do uznania ujawniania zakończeń filmów i seriali za przestępstwo. Przyznam, że czytając go, przecierałem oczy ze zdumienia.

A jeszcze bardziej zdziwiło mnie – by nie powiedzieć przeraziło – stwierdzenie, iż „taki apel wielu telewidzów i kinomanów od dawna chciało podpisać, ale nikt nie miał dotąd odwagi, by z nim wystąpić”. Gdyby faktycznie miało się to okazać prawdą, oznaczałoby, że osiągnęliśmy kolejny poziom charakterystycznej dla zachodniej cywilizacji manii regulowania wszystkiego za pomocą najrozmaitszych bzdurnych przepisów i dyrektyw. A w praktyce równałoby się po prostu cenzurze, którą można stosować na przykład wobec takich ludzi jak ja, dokonujących na swoich blogach czy gdziekolwiek indziej ciut głębszych interpretacji wytworów kultury masowej.

Czasem, by powiedzieć o książce lub filmie coś więcej, niż tylko kanoniczne „podobało się / nie podobało się”, trzeba wejść w szczegóły historii. Gdyby więc włoska propozycja jakimś cudem znalazła odzwierciedlenie w prawie – a nie daj Bóg w prawie unijnym – potencjalnie za choćby mój tekst o „Innych” mógłbym dostać grzywnę. A licho wie, czy sąd nie nakazałby mi go usunąć. No, chyba że wprowadzono by jakieś okresy ochronne, na przykład trzy lata od premiery. Dobra, hamuj! Nie podsuwaj im pomysłów!

(więcej…)

Zostaję wydawcą

Jest taka historyjka. Raz w pewnej wsi żył bardzo bogobojny człowiek. Któregoś dnia tę wieś nawiedziła powódź. Człowiek wspiął się na dach swego domu i zaczął się żarliwie modlić do Boga o ocalenie. Po kilku godzinach podpływa łódź. Hej, przyjacielu, zabierzemy cię stąd, skacz! – wołają do niego z łodzi. Dziękuję, ale wierzę, że Pan mnie ocali. Następnego dnia poziom wody podniósł się jeszcze bardziej, a skulony na dachu mężczyzna modlił się jeszcze goręcej. Nagle koło południa przyleciał helikopter. Spuszczają mu drabinkę. On na to: Nie, dziękuję, wierzę, że Pan mnie ocali.

W końcu woda zmyła go z dachu i utonął. Staje przed bożym tronem i rozżalony mówi: Tak bardzo w Ciebie wierzyłem! Wierzyłem, że Ty mnie uratujesz, ale zawiodłeś mnie. Ale jak to – odpowiada mu zaskoczony Bóg – przecież zareagowałem na twoje błagania. Wysłałem ci najpierw łódź, potem helikopter. Pouczające, prawda? Nawet jeśli ktoś jest ateistą. Można w miejsce Boga podstawić los i wyjdzie mniej więcej to samo. A ja ostatnio pomyślałem, że nie chcę być jak ten człowiek na dachu. Choć Boga w moje sprawy zbytnio nie mieszam – ma na głowie miliard innych, pilniejszych – istnieje możliwość, że gdy przed nim stanę, uleje się ze mnie jakaś żółć.

(więcej…)

Książkowa bańka spekulacyjna z dziewczyną w tytule

Kilka dni temu polską premierę miała najnowsza powieść Stephena Kinga. Po sieci krąży już trochę recenzji. Choć oceny na Lubimy Czytać są – jak na razie – umiarkowanie pozytywne, tak zwane serwisy branżowe „Koniec warty” raczej postponują jako rzecz nieudaną i blady cień dawnych dokonań niegdysiejszego króla strachu. Najciekawsze jest jednak nie to, co się o książce mówi, lecz hierarchia tych wypowiedzi. Bo oto okazuje się, że od treści znacznie ważniejsza jest strategia promocyjna – czy też w tym konkretnym wypadku jej zupełny brak – oraz to, na ile King wypełnił gatunkowe ramy, które przecież obiecywano.

Tu od razu zdradzimy, że według znawców tematu raczej nie wypełnił. Niektórzy poczuli się srodze zawiedzeni, by nie powiedzieć oszukani. Miał być kryminał, a jest jakieś licho jedno wie co. Tylko kto ich w tę butelkę nabił? Sam King, który coś zadeklarował i się z tego nie wywiązał, czy marketingowa machina, która tak a nie inaczej ukierunkowała oczekiwania? Kinga nie ma co żałować. Po pierwsze z głodu i tak nie umrze, a po wtóre określając się wiele lat temu mianem literackiego odpowiednika big maca z frytkami, sam dobrowolnie zgodził się przyjąć posadę rzemieślnika dostarczającego klientowi towar. Towar, przyznajmy, naprawdę dobrej jakości, o niebo wyższej niż urobek setek jego kumpli z tej samej taśmy produkcyjnej, ale wciąż tylko towar.

Kwestia leży gdzie indziej i kazus Kinga dobrze ją sygnalizuje. Bo o ile jeszcze stosunkowo niedawno marketing był po prostu niezbędnym dodatkiem do książki, o tyle obecnie stanowi właściwie integralną część obcowania z nią. Książkę już od podstaw kreuje się jako swoiste multimedialne wydarzenie, w którym to, co powinno stanowić jej zasadniczy miąższ, czyli jej treść, przekaz lub jakkolwiek zechcemy to nazwać, schodzi na drugi, a być może i trzeci plan. Mogą być i czyste kartki, byle dało się wymyślić sposób, jak je umiejętnie sprzedać.

(więcej…)

Moje przygody z postmodernizmem

Twardy dysk mojego komputera ma obszary, do których nie zaglądałem od dobrych kilku lat. Zapuściwszy się nie tak dawno temu w jeden z nich, zaskoczony odkryłem folder o nazwie „Postmodernizm”. Kiedyś żywo mnie ten nurt interesował, więc sądziłem, że tkwią tam jakieś zapomniane artykuły, a być może nawet i zeskanowana antologia przekładów pod redakcją Ryszarda Nycza, nad którą wiele godzin – zupełnie z własnej woli – spędziłem jako student. Choć tak naprawdę raczej jako początkujący pisarz, który poznawszy kilka podstawowych założeń tej myśli w obrębie refleksji literackiej, poczuł się w niej jak w domu.

Nie było tam  jednak żadnych tekstów, lecz podzielone na dwa pliki nagranie wykładu prof. Cezarego Wodzińskiego, wygłoszonego lat temu bodaj ze sześć w Krytyce Politycznej. Był to właściwie zarysowujący najogólniej problematykę postmodernizmu wstęp do całego cyklu seminariów, na które chyba miałem zamiar jeździć, ale – jak to u mnie – w końcu zwyciężyło lokomocyjne lenistwo. Tak, bo w ogóle to jeszcze były te moje bardziej rozsądne czasy, gdy zaliczałem się do ludzi światłych i postępowych, i bywało, że w różnych spotkaniach w KP czy „Wyborczej” brałem udział. Może nie to, że namiętnie, ale z przekonaniem, iż lewicowy duch, i tylko on jeden, zbawi ludzkość.

Tak mi się więc ciut ckliwie zrobiło za tym sobą dawnym i za tym poczuciem bycia po jasnej stronie mocy. Ale przede wszystkim, z niekłamaną przyjemnością, ponownie przesłuchałem sobie prelekcję Wodzińskiego. I pod jej wpływem znów zacząłem intensywnie przemyśliwać, jak to właściwie jest z tym postmodernizmem – w ogóle, ale też i w moim własnym obejściu. Bo cały czas mam takie nieodparte wrażenie, że on się jakoś za mną ciągnie. Zupełnie wbrew okolicznościom.

(więcej…)

Z Bukowskim przez mrok

Do tematu Charlesa Bukowskiego postanowiłem wrócić pod wpływem filmu „Bukowski – wędrówka przez mrok”, który ostatnio znalazłem, przeczesując swoje zbiory i szukając czegoś na wieczór. Kilka lat temu, gdy miałem ostrą fazę na Hanka, ten dokument zrobił na mnie duże wrażenie. Pokazywał Bukowskiego nie tylko jako ikonę czy obiekt kultu, ale też jako zwykłego człowieka – starzejącego się, nie zawsze radzącego sobie z dorównaniem własnej legendzie. Weźmy choćby scenę, gdy Bukowski traci nad sobą panowanie i robi żonie awanturę przy włączonej kamerze. Nawiasem mówiąc, powinni byli to wyciąć.

Od razu drobna uwaga co do tytułu. W polskim obiegu zetknąłem się z dwoma – tym, który podałem i pod którym film został pokazany między innymi na kanale Planete, oraz bardziej dosłownie przetłumaczonym z oryginału „Bukowski – stworzony do tego”. Stanowi on bezpośrednie nawiązanie do wersu „born into this” pochodzącego z wiersza Bukowskiego „Dinosauria, We”. Wiersza – jeśli mogę się tak wyrazić – mimo wszystko nietypowego dla dorobku tego autora. Bukowski napisał go pod koniec życia, podobnie jak powieść „Szmira” – według mnie jedną z jego najlepszych, o ile w ogóle nie najwybitniejszą. Wyjątkowość obu utworów polega przede wszystkim na tym, że Bukowski nie pisał w nich o sobie – a w każdym razie nie aż tak wprost.

Oglądając ten film teraz, zadawałem sobie przede wszystkim pytanie, dlaczego właściwie Bukowski stał się jednym z moich mistrzów. Bo chyba mogę go tak śmiało określić. Miał na moje własne pisarstwo naprawdę duży wpływ. Co jest przecież o tyle dziwne, że absolutnie nic nas nie łączy, poczynając od biografii, a kończąc na podejściu do rzemiosła. Nie uważam bowiem, by do pobudzania twórczych fluidów konieczne były hektolitry wódy i dupczenie. On zresztą też więcej gadał, niż faktycznie rżnął i chlał.

(więcej…)

Otwieracz pamięci

Nigdy nie uważałem się za osobę sentymentalną. Z pewnością sentymentalny nie byłem, gdy w najciemniejszym kącie jednej z szuflad starego kuchennego kredensu znalazłem otwieracz z logo piwa EB – kultowej marki lat dziewięćdziesiątych, która w okresie swej największej świetności była tak popularna, że doczekała się nawet czegoś w rodzaju hymnu. Akurat robiliśmy gruntowne porządki przed remontem i sporo rzeczy, które przez minione dwie dekady zalegały po szafach i regałach, po prostu wrzucaliśmy do worów na śmieci, rzadko zatrzymując na czymś oko. Mimo to przy otwieraczu zawahałem się w ostatniej chwili. A potem długo mu się przyglądałem, obracając go w palcach.

Nie mogłem sobie przypomnieć, skąd się u nas wziął. Pewnie matka go kupiła. Ot, taki sobie zwykły gadżet, ale za to solidnie wykonany. No i – jakby nie patrzeć – pamiątka. Zostawiłem. Zamiast w śmieciach, wylądował w jednym z pudeł, do których pakowaliśmy nasz aktualny dobytek. Z artefaktów przeszłości ocaliłem też kolekcję kaset VHS, pomimo iż nie mam już sprzętu, na którym można by je odtworzyć, ani technicznych możliwości, żeby zdigitalizować ich zawartość. Zresztą chyba nawet bym nie chciał. Każdy z nagranych tam filmów mogę w kilka minut ściągnąć z sieci. Chodziło raczej o same przedmioty, o to, czym były i co sobą reprezentowały. Zresztą z dokładnie tych samych przyczyn zachowałem po jednej dyskietce z każdego rodzaju. I chyba też mniej więcej to kierowało mną przy otwieraczu.

Nie, w żadnym razie nie był to sentyment. Przynajmniej nie na poziomie świadomości. Jeśli już, to raczej przeświadczenie, że nie powinno się zbyt lekką ręką palić za sobą wszystkich mostów. Dokładnie to samo, które każe trzymać albumy z rodzinnymi fotografiami, nawet gdy się wie, że dla pokoleń, które przyjdą po nas, nie będą one już nic znaczyły. Tak jak dla nas nieczytelne są emocje na zdjęciach najbardziej pożółkłych i pełnych obcych nam twarzy. Tak naprawdę najgłębszy sens tego mojego chomikowania odkryłem kilka miesięcy później, po śmierci matki.

(więcej…)

Lata 90. w pigułce – „Jesteś bogiem” (2012)

Nie jest dla mnie do końca jasne, co takiego właściwie pragną upamiętnić ludzie wybierający się na marsz 4 czerwca. Rocznicę pierwszych wolnych wyborów, czy fakt, że triumfowali w nich komuniści, którzy trzy lata później, dokładnie w ten sam dzień, skutecznie zablokowali próbę lustracji. No ale nie bądźmy złośliwi. Bez względu na to, jak tamte wydarzenia oceniać, stanowiły one początek lat dziewięćdziesiątych, które wielu dorastających wtedy – w tym też autor niniejszych słów – wspomina z nostalgiczną łezką w oku. A mówiąc o tamtym okresie, mam na myśli nie tylko przedział dat, lecz także, a może wręcz przede wszystkim, pewien klimat.

Znajomy obrońca demokracji zachęcał mnie do wzięcia udziału w sobotniej imprezie. Ma się rozumieć przewrotnie, bo doskonale wiedział, że nie skorzystam. Gdybym miał chęć sobie powiecować, znalazłbym tysiąc innych okazji. Postanowiłem jednak mimo wszystko uczcić ów historyczny dzień. Wprawdzie nie występem ulicznym, ale nie mniej godnie, bo filmem. A skoro o latach dziewięćdziesiątych mowa, trudno mi wyobrazić sobie adekwatniejszy wybór niż „Jesteś bogiem”. Cztery lata temu byłem na nim w kinie. Niełatwo wyciągnąć mnie z domu, ale pamiętam, że przekonało mnie to, jak dzieło duetu Pisuk-Dawid podsumowała Paulina Wilk.

Stwierdziła – cytuję z pamięci – że historia Paktofoniki to rzecz o naszym pokoleniu. I to bez względu na to, czy hip-hopu słuchaliśmy, czy – jak w wypadku Pauliny Wilk i moim, a też, przynajmniej na początku, scenarzysty – kompletnie nie była to nasza bajka.

(więcej…)