O co więc chodzi z tą „Klątwą”?

AppleMark

Z pewnych drak rzeczywiście nie ma optymalnego wyjścia. Rzeczywiście cokolwiek się uczyni, będzie źle. Oburzenie, nawet słuszne, że ktoś zesrał się na środku salonu, przyda prowokatorowi wiatru w żagle, sprawi, że osiągnie swój cel. Przemilczenie i udawanie, że gówna nie ma, na krótką metę może zniechęcić, jednak na dłuższą ośmieli i któregoś dnia znajdziemy na dywanie coś gorszego. Tak właśnie jest z wałkowaną obecnie „Klątwą”. Ale w sytuacji, gdy mamy do wyboru tylko mniejsze zło, chyba lepiej jest mimo wszystko mówić. I to licząc się z ryzykiem, że załatwiamy reżyserowi darmową promocję.

Znów pada pytanie, czy zostały przekroczone kolejne granice. O tym, że istotnie tak jest, mógłby świadczyć na przykład tweet Romana Giertycha. Skoro bowiem człowiek nie mający absolutnie żadnego interesu w ujmowaniu się za Kaczyńskim pisze, że spektakl, w którym nawoływano do jego zabicia, jest przestępstwem i powinna się nim zająć prokuratura, to sytuacja naprawdę wygląda poważnie. To nie jest mało w kraju, w którym niemal wszystko, a już zwłaszcza politykę, determinują plemienne podziały. Z drugiej strony pytanie to wydaje się rytualne i kompletnie bezprzedmiotowe. Nie takie granice już przekraczano i najpewniej jeszcze wielu „ciekawych” przygód w tej rozwojowej materii doświadczymy.

(więcej…)

Philip Marlowe i tajemnica jeziora

Moje wielkie zaprzyjaźnianie się z kryminałem, które ogłosiłem wczesną jesienią w tekście o „Zabójstwie Rogera Ackroyda”, jak na razie przebiega dosyć opornie. Bynajmniej nie przez brak chęci lub wolnego czasu. Paradoksalnie, im mniej go posiadam, tym lepiej wychodzi na tym czytelnictwo. Zwłaszcza gdy – tak jak teraz – codziennie jeżdżę do Warszawy na robótkę. Okazuje się, że dwie godziny w pociągu lepiej robią obcowaniu z literaturą niż długie, leniwe wieczory. Raczej winien jest tu słomiany zapał, tudzież multum spraw, które usiłuję uchwycić za ogon jednocześnie, mimo iż ciągle sobie powtarzam, że to nic dobrego.

„Tajemnicę jeziora” znaną także pod tytułem „Topielica” przeczytałem praktycznie za jednym zamachem zaraz po odłożeniu Christie. I choćby z tego względu pisanie o tej książce teraz, po tak długim okresie od ukończenia lektury, nieco mija się z celem. Obrazy i wrażenia zblakły, a refleksje – wtedy żywe – zatarły się. Na dobrą sprawę powinienem sięgnąć po nią jeszcze raz. I nawet to rozważałem, bo było to wcale przyjemne czysto rozrywkowe doświadczenie, z całą pewnością warte powtórki. Tyle że gdy zacząłem o tym myśleć, odkryłem, że w sumie nie jest z tymi odczuciami aż tak źle. Chyba w jakiejś mierze odpowiada za to kontrast z poprzednią pozycją.

(więcej…)

Ostatnie powidoki Andrzeja Wajdy

Czy postanowiłem zobaczyć „Powidoki” tylko ze względu na śmierć reżysera? Prędzej czy później i tak bym je pewnie zobaczył. Sala kinowa przecież nie jest mi do tego niezbędna. Choć fakt – ostatnio jakoś zagustowałem w kinie. Może bez przesady, bo nie gnam na każdy film, ale częstotliwość, z jaką w minionym roku zasiadałem w składanym fotelu, i tak jest dla mnie zaskakująca. Tym bardziej że były to – co do jednego – polskie produkcje. Co zaś tyczy się Wajdy, to mój stosunek doń ewoluował od typowo inteligenckiej czołobitności ku lubieniu go za kilka rzeczy, a za kilka innych niekoniecznie. To, jak sądzę, dość zdrowe.

Gdy dłużej się nad tym zastanawiam, dochodzę do konkluzji, że pośpiech jednak chyba trochę był dyktowany śmiercią. A może raczej potrzebą zaspokojenia takiej jakby ciut perwersyjnej ciekawości, jakiż to był ów ostatni artystyczny dech głośnego twórcy. Wszak mężczyznę się poznaje po tym, jak kończy. Zwłaszcza jeśli do finiszu docierał tak długo i po tak wyboistej ścieżce. Poza tym znamienne wydało mi się, że u jej kresu Wajda, być może już czując, że to kropka nad i, postanowił oddać hołd innemu artyście, do tego malarzowi, a jakby i tego było mało – przeczołganemu i de facto zabitemu przez stalinizm. Przez to „Powidoki” nabierają szczególnie testamentowego wydźwięku.

(więcej…)

A może zrobić TO z NajpierwPrzeczytaj.pl?

No właśnie, może… Ale po kolei.

Dowiedziałem się dziś, że pod koniec ubiegłego roku wystartował nowy serwis z e-bookami. Nazywa się dokładnie tak, jak w tytule. Jego idea, najogólniej rzecz biorąc, polega na tym, że wstawiasz tam książkę w wersji elektronicznej, której jesteś autorem, lub do której masz prawa, a czytelnicy mogą ją pobrać, ocenić i… wynagrodzić cię (lub serwis) darowizną pieniężną. Oczywiście jeśli zechcą.

Działa to więc mniej więcej na podobnej zasadzie jak niektóre stocki ze zdjęciami – np. Pixabay czy Pexels. Możesz z nich pobierać za darmo pliki graficzne, a jeśli uznasz za stosowne, wynagrodzić wystawiających je artystów.

Brzmi ciekawie. Choć, jak powszechnie wiadomo, teoria i praktyka rzadko idą w parze. Zwłaszcza w Polsce. No ale – jak wyżej – brzmi ciekawie.

Obawy? Poza tym, że drodzy czytelnicy mogą nie uznać za właściwe wyskoczyć dla ciebie z paru groszy, tylko jedna: że serwis, o ile się utrzyma, prędzej czy później (raczej prędzej) osunie się w jeszcze jedną śmieciownię dla selfpubowych frustratów, taką jak choćby śp. wydaje.pl. Nie doczytałem się, czy są tam jakieś mechanizmy weryfikujące. Bo sam fakt, że na „dzień dobry” pojawiły się tam znane nazwiska – Cenckiewicz, Kapela, Grabiński, Shuty, Bergoglio (aka papież Franciszek) jeszcze wiosny nie czyni.

Ale – jak już mówiłem – brzmi ciekawie. A nawet poniekąd kusząco. Zastanawiam się, czy nie wystawić tam „W siodle doliny”. Na jej wydanie drukiem raczej już straciłem nadzieję, a przyznam, że trochę ciąży mi w dyskowej szufladzie.

W końcu… jeśli jest dobra, czytelnicy docenią (i nie mam na myśli jedynie finansów), a jak nie – będę mógł pluć w brodę tylko sobie.

Muszę to przemyśleć. A Państwo jak uważacie?

Cudowni chłopcy w poszukiwaniu Wielkiej Amerykańskiej Powieści

Gdyby nie nadzwyczajne okoliczności związane z premierą sztuki na podstawie scenariusza Williama Goldmana do „Misery”, mój mały przegląd filmów o pisarzach rozpocząłbym od „Cudownych chłopców”. Choć tak po prawdzie zupełnie nieświadomie zainicjowałem go już blisko rok temu tekstem o znakomitym „Capote”. Szkoda, że nie wpadł mi wtedy do głowy pomysł na cykl. Potraktujmy więc historię powstawania „Z zimną krwią” jako nieoficjalny prolog.

A wziąłbym na pierwszy ogień właśnie „Cudownych chłopców”, bo kiedy przywołuję hasło „film o pisarzach”, ten tytuł z 2000 roku jak naprawdę mało który mi je ucieleśnia. Stanowi wręcz modelowy niczym wzorzec metra przykład tego, co pod tym pojęciem rozumiem. Nie tylko dlatego, że literalnie rozgrywa się w środowisku pisarzy i jedyne widoczne na ekranie postacie nieparające się tym zdradliwym zajęciem to drugoplanowi bohaterowie tła. Ani też nie ze względu, że – jak wyznawałem w tekście o powieści Roberto Bolano – po prostu takie uniwersytecko-artystowskie klimaty lubię. Głównym powodem jest fakt, że w filmie Curtisa Hansona literatura rzeczywiście coś znaczy.

(więcej…)

Królik w niedzielę #4 – Z Hemingwayem na Golfsztromie

Wracam po nieco dłuższej nieobecności. I tym razem, tak jak dawałem do zrozumienia w poprzednim odcinku, biorę na agendę temat książkowy. A konkretnie związany z moją ulubioną powieścią Ernesta Hemingwaya „Wyspy na Golfsztromie”. Jest to po raz kolejny podkastowa adaptacja tekstu z bloga, dodatkowo – jak to u mnie wzbogacona o pewne osobiste wątki, w których między innymi zdradzam, dlaczego kilkanaście lat temu Hemingway zaważył na moich własnych decyzjach życiowych i dlaczego dziś nie byłoby już na to najmniejszych szans. Ale skąd w ogóle ten temat? Czemu akurat teraz? O tym też możecie posłuchać w audycji.

Jak zwykle życzę dobrego odsłuchu.

Konserwatyzm też może być post

Jak ogólnie wiadomo, w naszej zachodniej cywilizacji właściwie wszystko już jest post. Aż dziw, że jeszcze od tej hiperascezy nie poumieraliśmy. Nawet, psiakrew, na blogu opublikuję post. Obiad, który zjem, gdy go skończę, też będzie post, bo jako postchrześcijanin zachowuję z jakichś nie do końca zrozumiałych powodów zewnętrzne formy, niezbyt potrafiąc odnaleźć już ich duchowy sens. No dobrze, ale lingwistyczne żarciki na bok. Zagadnienie postprawdy, który to termin zrobił dopiero co oszałamiającą medialną karierę, kiedy kolegium redakcyjne Oxford Dictionary wybrało go na słowo minionego roku, to jednak poważny temat.

Nie sądzę, bym był w stanie napisać o nim coś, czego w ciągu ostatnich tygodni nie napisali wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób wzięli go na warsztat. Moja aktywność ograniczyłaby się raczej do odnotowania ku potomności, że taka kwestia w ogóle istnieje i że stanowi ważki składnik charakterystyki naszej epoki. Może nie tylko naszej, ale naszej szczególnie z uwagi na pewne procesy cywilizacyjne, które umożliwiły temu zjawisku aż tak dynamiczny rozwój. Chodzi tu oczywiście zwłaszcza o media, nowe metody szybkiego dystrybuowania informacji itd. Co z kolei rzutuje na politykę, a nawet kulturę, skąd przecież to ukute na początku lat 90 pojęcie pierwotnie się wywodzi.

(więcej…)

Misery, czyli rzecz o potędze kiczu

Dlaczego „Misery” i czemu akurat teraz? Z kilku powodów. Najbardziej oczywisty to śnieg, a przecież ten film – bo powieść Kinga mimo wszystko w mniejszym stopniu – cały aż skrzy od zimy. Są teksty kultury, które najlepiej smakują w określonych porach roku – albo dlatego, że panuje w nich dokładnie taka sama pogoda, albo wprost przeciwnie. Są ludzie, którzy właśnie w ten sposób dobierają sobie repertuar. Przyznam, że nigdy tego nie próbowałem. W każdym razie niezupełnie świadomie, choć o ile dobrze sobie przypominam, „Misery” po raz pierwszy widziałem ponad dwadzieścia lat temu właśnie w okolicach grudnia lub stycznia.

Poza tym od dawna chodził mi po głowie cykl poświęcony filmom (a może też i książkom – się zobaczy) o pisarzach. Zgodnie z zasadą, że koszula bliższa ciału, a każdy ciągnie w swoją stronę, lubię tego rodzaju produkcje. Na przykład powieści, których głównym bohaterem jest pisarz, a zwłaszcza te mniej lub bardziej podszyte autobiografizmem, wydają mi się o wiele uczciwsze i, jakkolwiek podejrzanie to brzmi, prawdziwsze niż te, w których autor sili się na udawanie, że zna cokolwiek poza sobą. Cykl miałem rozpocząć innym tytułem, a też już na wstępie łamię tu własną zasadę, że każdą z omawianych rzeczy sobie odświeżam, ale wyszło, jak wyszło.

(więcej…)

Królik w niedzielę #3 – Całkiem współczesne serialowe retro

W minionym roku zobaczyłem niesamowitą jak na mnie ilość seriali, bo aż… sześć. Dlatego w trzeciej odsłonie naszych niedzielnych pogawędek postanowiłem udać się w ich świat. A konkretnie dwóch z nich: „Ash vs Evil Dead” i absolutnego hitu minionego lata „Stranger Things”. Postaram się jednak mówić o nich nie w konwencji recenzenckiej, a raczej na ich przykładzie ukazać zjawisko tzw. retromanii, która coraz wyraźniej uwidacznia się w dzisiejszej kulturze, a nawet – podobno! – w polityce. Pokażę, jak przejawia się ona w tych konkretnych serialach, i spróbuję zmierzyć się z pytaniem, czy powrót do przeszłości jest w ogóle możliwy.

Ponadto zdradzę, który z obejrzanych przeze mnie seriali uważam za najlepszy. Dodam, że bynajmniej nie jest to żaden z dwóch wymienionych powyżej.

Zapraszam do odsłuchu.

Dzieje moich perypetii z Ubuntu… i z reklamacjami

Ano tak, będzie o komputerach. Znów odrobinkę nietypowo jak na ten blog. A może właśnie – wbrew pozorom – bardzo typowo? Bo w sumie mniej o komputerach, a więcej o ludziach? I o pewnej kulturze? Miałem na dzisiejszą nasiadówkę zaplanowany inny wpis, lecz doszedłem do wniosku, że warto tę historię opowiedzieć. Ku przestrodze, a też ku rozrywce – zwłaszcza dla tych oblatanych, którzy wiedzą co i jak, i dla których moje przygody to czyste zrywanie boków. No dobrze, ale na razie będzie jednak więcej o komputerach.

Bo otóż postanowiłem sobie takowy sprawić. Moja stara wierna Toshiba na jesieni dociągnie do ósmego roku służby i nie ma co kryć, że ząb czasu odcisnął na niej już swoje piętno. Już dwa lata temu, gdy po raz pierwszy poświęciłem jej na blogu kilka rzewnych akapitów, miała stan przedzadyszkowy, ale teraz naprawdę czuć, że chce przejść na spoczynek. Pomijam tak banalne kwestie jak zużycie matrycy czy niewspierana od kilku miesięcy wersja Windowsa. Po prostu widać ogólne zmęczenie. Co jakiś czas zdarzy się spektakularna zwiecha, na którą nawet rutynowe odmulanie nie pomaga. Właściwie nie wchodzę na niej do netu – wiadomo, niebezpiecznie.

(więcej…)