Co i komu wolno mówić o Żydach?

W numerze tygodnika „Do rzeczy” z 23 maja br. ukazał się artykuł Piotra Zychowicza pod tytułem „Żydokomuna czy chamokomuna”. Stanowi on część debaty wokół jego najnowszej książki. Zychowicz, choć kojarzony z prawicą, nawet tam budzi skrajne odczucia, ciesząc się, pospołu z takimi historycznymi rewizjonistami jak Rafał A. Ziemkiewicz, opinią destruktora narodowych mitów, nie ma się więc co dziwić, że i ta publikacja zdążyła już wywołać pewien ferment. Podsyca go zresztą wydawca, opierając kampanię promocyjną na sloganach w stylu „Najbardziej kontrowersyjna książka autora «Obłędu ‘44»” czy „«Żydzi» rozsierdzą zarówno filosemitów, jak i antysemitów”.

Redakcja uznała rzecz za na tyle ważką, iż wspomniany tekst uczyniła tematem okładkowym. Słusznie czy nie, kwestia gustu. Gdybym, nie znając książki, miał wyrokować na podstawie jedynie zamieszczonej w tygodniku próbki, powiedziałbym, że ten balon jest nieco dęty. Tezy Zychowicza, jakkolwiek dla takiego laika jak ja niewątpliwie ciekawe, nie wydają się aż tak znów obrazoburcze. Rzekłbym wręcz, że Zychowicz uprawia zaawansowane stanie okrakiem na barykadach, tak usilnie, z nieomal aptekarską precyzją starając się odmierzać winy, że cała narracja o niszczeniu politycznej poprawności zwyczajnie siada. Choć nie mi to oceniać. Jako że nie dysponuję wystarczającym warsztatem, mogę co najwyżej ową propozycję Zychowicza przemyśleć.

Problem właściwie należałoby na tym wyczerpać i skupić się na śledzeniu kolejnych głosów w dyskusji, gdyby nie okładka. A ściślej reakcja na nią pewnego mojego znajomego, który z charakterystyczną dla ludzi o lewicowych poglądach tromtadracją ujrzał w niej antysemityzm. Na nic wyjaśnienia, że termin „żydokomuna” jest pojęciem historycznym, a nie kogokolwiek piętnującym, ani apele, by może jednak najpierw dowiedział się, o co cały szum, nim zacznie ciskać oskarżeniami. Stanęło na tym, że bronię antysemitów, a on wyjeżdża do Izraela, gdzie nikt nie będzie mu wypominał jego żydostwa.

(więcej…)

Wiara i cynizm

Niewątpliwie ten obrazek warto zapamiętać. Już dzisiaj, choć nie minął jeszcze nawet tydzień od sejmowej debaty, podczas której go uwieczniono, urósł – można chyba rzec, nie ryzykując wielkiej przesady – do rangi symbolu pewnej duchowej dyspozycji. Posłanka PO Agnieszka Pomaska drąca kartkę z wydrukiem projektu uchwały o suwerenności Polski dała nam lepszy wgląd w system wartości, jakim kierowały się dominujące u nas przez ostatnie ćwierćwiecze elity, niż kilometry produkowanych w ciągu tych lat felietonów i analiz. To naprawdę mocna rzecz. Na mnie zrobiła piorunujące wrażenie.

Tu i ówdzie można było przeczytać lub usłyszeć, że takie zachowanie w polskim parlamencie nie miało dotąd precedensu. Że nawet w burzliwych latach 90. nikt nie odważył się publicznie zniszczyć oficjalnego druku. Nie wiem, czy tak było rzeczywiście. Nie sprawdzałem. Zresztą nie o to tu chodzi. Natomiast na pewno zgadzam się, że implikacje gestu Pomaskiej – nie, jak niektórzy błędnie odmieniają, Pomaski – są znamienne, i to znamienne podwójnie. Bo raz, że wyrażał absolutną pogardę wobec obozu rządzącego (czyli pośrednio wobec jego wyborców, w tym również i mnie), a dwa – poprzez to, co się na owej kartce znajdowało, pokazał, jaki w istocie stosunek do własnego kraju ma spora część opozycji.

Swoją ocenę miejsca Polski w Europie i Unii Europejskiej jako takiej oczywiście mam i – jak łatwo się domyślić – jest ona skrajnie różna od zaprezentowanej przez Pomaską i jej formację. Powiem więcej: uważam, że działania, które podejmuje w tej chwili szeroko rozumiany front antyPiS, są w dłuższej perspektywie znacznie bardziej niebezpieczne, niż Schetyna, Kijowski czy Petru są w stanie sobie wyobrazić. Ale znów – nie o to idzie. Tym wstępem chcę jedynie oczyścić przedpole i wytyczyć grunt pod meritum zajmującej mnie sprawy.

(więcej…)

Czytanie jako fetysz

Przystępując do tego tekstu czuję się cokolwiek dwuznacznie. No bo skoro piszę, powinno mi zależeć, aby ludzie czytali. Leży to w moim własnym dobrze pojętym interesie. I jako pisarza, z wiadomych względów, ale i po prostu jako humanisty, któremu nie jest obojętny los kultury. Bo może i rzeczywiście jeden obraz jest wart tysiąc słów – zwłaszcza w dzisiejszym świecie,  pełnym ikon, emotikonów i chwytliwych zdjęć – ale bez języka nie będziemy wiedzieć, co się na tym obrazie znajduje. Słowo to pas transmisyjny myśli i dopóki istnieć będzie cywilizacja, dopóty ono nie zaniknie. A może na odwrót? Mniejsza z tym.

Tak czy siak, powinienem więc niejako z automatu, niejako odruchowo wspierać każdą akcję mającą na celu popularyzowanie czytelnictwa. Powinienem też rytualnie wyrazić najświętsze zaniepokojenie, kiedy to kolejny rok z rzędu badania wykazują, że leci ono na łeb. Nawiasem mówiąc, przed kilku laty Huffington Post lamentował, że aż 28 procent (!) Amerykanów nie przeczytało w minionym roku ani jednej książki. Nie sprawdzałem, jak rzecz przedstawia się teraz. A zatem owszem, tak, powinienem. Tylko że coraz silniej narasta we mnie poczucie, że czytanie ulega fetyszyzacji. Nawet nie książka jako przedmiot, ale po prostu sam akt czytania. Pisania chyba zresztą poniekąd też, choć to wszystko oczywiście się wiąże.

Jeżeli grafika z książką, to koniecznie z kubkiem kawy lub herbaty. Żeby na zmysły działało, estetyczne skojarzenia budziło. Jak Salinger, to już furda, co tam napisał – ważne, by na fejsa wrzucić jego zdjęcie, jak siedzi topless na walizce przed maszyną do pisania. I że akurat on – ten, który swoją prywatność chronił wręcz obsesyjnie i jak mało kto sprzeciwiał się mityzacji aktu twórczego i w ogóle życia artysty. Aż po ten najradykalniejszy krok, który, jak na ironię, odbił mu się legendotwórczą czkawką. Bo Pynchon to już jednak inna para butów.

(więcej…)

Wielkie amerykańskie marzenie Jasona Hunta

Nie bez kozery na obrazek ilustrujący ten tekst wybrałem kadr z filmu „Kwaśne pomarańcze” z 2002 roku. Jest to bardzo przyjemna, przepełniona kalifornijskim słońcem i szumem oceanu komedia o chłopaku, który marzy o karierze pisarskiej. Niestety, jak to w takich opowieściach bywa, wszystkie okoliczności sprzysięgają się przeciwko jego planom. Zarówno fabuła, jak i klimat nadmorskiej miejscowości, gdzie szczytem osiągnięć jest złapanie jak najwyższej fali, jakoś nieodzownie kojarzą mi się z powieścią „THORN” Jasona Hunta, którą w końcu, dosyć przypadkowo, miałem okazję przeczytać.

Dla formalności przypomnijmy: pod nazwiskiem Jason Hunt nie kryje się żaden amerykański autor, lecz jak najbardziej polski bloger Tomasz Tomczyk, znany niegdyś pod pseudonimem Kominek. O Tomczyku z całą pewnością można powiedzieć dwie rzeczy: jako bodaj jeden z pierwszych internetowych twórców w Polsce zrozumiał, jak duży medialny oraz komercyjny potencjał kryje się w blogach. Zrozumiał to w czasach, gdy sieciowe pamiętniki były głównie domeną nastolatków publikujących swe epokowe przemyślenia. Poza tym jest niewątpliwym mistrzem autokreacji i wie, jak wykorzystywać do tego nowoczesne narzędzia.

(więcej…)

Kim więc tak naprawdę był Tomasz Judym?

Kim był Judym? Pogięło cię? Czy to nie oczywiste? Nie przemielone po tysiąckroć? Frajerem był, ot co. Laska praktycznie wpycha mu się do łóżka, nawet jego społecznikowskie fanaberie akceptuje, byle tylko z nią został, a ten jełop, wielki dobroczyńca biedoty od siedmiu boleści, puszcza ją kantem. Że niby tak się poświęca? Że życie rodzinne mu w tym przeszkodzi? Srały muchy, będzie wiosna, koleś! Pewnie zwyczajnie się bał. A może i pedziem był i tylko tak się tą służbą usprawiedliwiał, takie sprytne wysokowartościowe alibi sobie fagas wykombinował. Sosna rozdarta. Tak, jasne, mów mi jeszcze. Żeromski – no wiadomo, stary grafoman, co nie?

Przypuszczalnie coś w tym guście usłyszałbym od przypadkowego licealisty, gdybym zapytał go o Judyma. To znaczy pod warunkiem, że w ogóle by „Ludzi bezdomnych” przeczytał – bo Żeromski, wiadomo, w ścisłej ekstraklasie nieczytanych autorów lektur szkolnych. Co więcej, gdyby mnie, gdy sam chodziłem do liceum, ktoś o doktora Tomasza zagaił, prawdopodobnie dostałby utrzymaną w niewiele odbiegającej od zaprezentowanej powyżej stylistyce egzegezę tego największego naiwniaka literatury polskiej.

(więcej…)

Niech się święci… długi weekend

Ciekawy był to czas, kiedy ten film zadebiutował w telewizji. Ciekawy dla mnie osobiście, bo akurat postanowiłem wyjechać z rodzinnych opłotków, niezbyt zamiarując wrócić. Przyszłość w tym względzie przyzna rację przysłowiu o rozśmieszaniu Boga opowiadaniem mu o swoich planach. Ciekawy dla kraju, bo właśnie w tych dniach spełniała się dziejowa sprawiedliwość i zjednoczona Europa zamknęła nas na dobre i złe w miłosnych unijnych objęciach, w efekcie czego Warszawa obrodziła błękitnymi paradami, na wspomnienie których dziś chce mi się co najwyżej sardonicznie parskać. Ogólnie rozpoczynało się wielkie grillowanie.

Bo był to początek mitycznej prosperity spowodowanej tym, że spece od słupków powiedzieli nam, że tak, jak najbardziej już można, że już skończyły się mordercze lata dziewięćdziesiąte i pora nieco rozluźnić pas. Życie było mniej więcej beztroskie, na rusztach bardzo przyjemnie skwierczały kiełbaski, milenijna pluskwa nie utopiła nas w pożodze atomowych grzybów, zaś rodzimi reżyserzy, mimo iż nadal wyśmiewali się z narodowych przywar, jakby ciut spuścili z tonu, jakby przejaśnieli, zdobywając się na wyrozumiałe pobłażanie. Aha – tak zwana opinia publiczna zbierała zęby po aferze Rywina, a w TVP, pod auspicjami której powstał zarówno „Długi weekend”, jak i cały cykl „Święta polskie”, niepodzielnie władali postkomuniści.

Czy wymienione powyżej okoliczności mają jakiekolwiek znaczenie dla interpretacji obrazu Roberta Glińskiego? Według mnie tak. A jeśli nawet nie, to co? Fajnie sobie przypomnieć to i owo, zwłaszcza gdy dzięki temu efektywniej tka się kontekstualną sieć, bez której każdy tekst kultury – choćby i błahy, a przecież nie ma co się oszukiwać, że „Długi weekend” jest jakimś arcydziełem – staje się o wiele uboższy. Skoro już decydujemy się na opcję ze zwierciadłem epoki, bądźmy konsekwentni.

(więcej…)

Biali z nienawiści, czyli o „Obozie świętych” Jeana Raspaila

W eseju opublikowanym niedawno na portalu Politico holenderski pisarz Leon de Winter proponuje rozszerzenie tworzonego w pocie czoła przez lewicowych myślicieli katalogu fobii o kolejną pozycję. Ma nią być mianowicie „okcydentofobia”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, lęk / pogarda wobec cywilizacji zachodniej. Autor przypadłość tę przypisuje muzułmańskim imigrantom w Europie, co już samo w sobie jest na tyle niezwykłe, iż zwraca uwagę kilku komentujących pod tekstem, którzy dziwią się, że coś takiego w ogóle się w Politico ukazało. Znak czasów? Luka w systemie bezpieczeństwa? Wszak do tej pory na fobie mogli cierpieć tylko biali konserwatywni chrześcijanie.

To pojęcie – właśnie w odniesieniu do rdzennych Europejczyków – spodobałoby się Jeanowi Raspailowi. Szkoda, że nie wpadł na nie, gdy na początku lat 70. pisał „Obóz świętych”. Jest ono niewątpliwie kluczem do uchwycenia sedna tej dziwnej, niepokojącej i obrazoburczej powieści. Można chyba śmiało zaryzykować tezę, że okcydentofobia jest na jej kartach winna wszelkiemu złu, że leży u podstaw skomplikowanego, rozkręcającego się przez szereg lat mechanizmu, który w końcu doprowadził do… no właśnie, do czego? Nie jest to bowiem u Raspaila aż tak oczywiste, jak by się z pozoru mogło wydawać i jak on sam z pewnością by sobie życzył. Bo niby jest to upadek Europy, ale zarazem jakiś jej nowy kształt, jakaś ponura kontynuacja. Ale ciut się zapędziłem. Zacznijmy od początku.

(więcej…)

Trochę z boku – „Dróżnik” (2003)

Właściwie nie za bardzo wiem, jak określić tego typu filmy. I nie chodzi mi o żadne oficjalne nazewnictwo, lecz o taką moją zupełnie prywatną, intymną typologię. Filmy z duszą? Filmy z ubocza? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, nie odczuwałem potrzeby ich klasyfikowania. Nie mogę też powiedzieć, bym jakoś wybitnie często po nie sięgał. Mimo to zajmują w moim sercu szczególne miejsce. Gdy już zdarza mi się je oglądać, celebruję duchowo ten fakt. Jest to dla mnie mała uczta ciszy i subtelnych wzruszeń. Chyba też zazwyczaj pozwalam sobie na nią, kiedy czuję, że napór tu i teraz zbliża się do punktu krytycznego. Dobrze wtedy sobie przypomnieć, że życie toczy się też na bocznych torach.

Po raz pierwszy zobaczyłem „Dróżnika” w telewizyjnym cyklu Grażyny Torbickiej „Kocham kino” i podobnie jak przy „Ukrytych pragnieniach” czy „Ale jazda” od razu zrozumiałem, że nie było to nasze ostatnie spotkanie. I bynajmniej nie szło tylko o to, że potrafiłem się wczuć w sytuacje Fina. Prawdę mówiąc ten akurat czynnik – do którego za chwilę wrócę – odgrywał najmniejszą rolę. Decydująca była właśnie owa specyficzna aura poboczności, która nawet w niezależnych autorskich projektach albo nie zawsze dobrze wybrzmiewa, albo po prostu nie stanowi clou opowieści. Potem długo polowałem na kolejną emisję „Dróżnika”, żeby móc go sobie nagrać na DVD. Płytkę zarzucam raz na dwa-trzy lata. A ostatnio znów jakoś tak mnie wzięło.

Wszelkie zachwyty krytyków i jak rzadko kiedy zgodnych z nimi widzów są w wypadku tego obrazu w pełni uzasadnione. Za pomocą naprawdę minimalnych środków Tom McCarthy dał popis magicznej poezji – niby eksplorującej codzienną banalność, ale przy tym nie osuwającej się w artystowski kicz. Uniknął też wpakowania się na inną niebezpieczną rafę, a mianowicie pchnięcia fabuły ku dydaktycznej rozprawce o tolerancji wobec odmienności. Ułomność Fina teoretycznie ma tu znaczenie, bo stanowi szkielet, na którym McCarthy buduje historię, ale w ostatecznym rozrachunku staje się całkowicie przeźroczysta.

(więcej…)

Dla kogo Zajdel

Nie lubię fantastyki. To znaczy… nie tak, wróć! Czytuję pojedynczych autorów z tego nurtu i nie wykluczam, że być może sam kiedyś po ów sztafaż sięgnę. Jak ogólnie wiadomo, stwarza on niemałe pole do snucia alegorii. Chodzi mi o to, że nie lubię, a tak naprawdę po prostu nie rozumiem całej kultury, jaka się wokół fantastyki wytworzyła, całego tego zjawiska fandomu, geekowstwa, nerdowstwa czy jak tam jeszcze je zwać. Kojarzy mi się to z samą kwintesencją eskapizmu; taką, jak ją zdefiniował Olaf Stapledon, czyli jako odwracania uwagi od palących problemów moralnych i pewnych nieprzyjemnych, lecz ważnych aspektów rzeczywistości.

Nie twierdzę, że wydawane współcześnie książki fantastyczne nie poruszają tych problemów. Jednak nawet nie będąc wtajemniczonym i obserwując choćby rozliczne aktywności w sieci, trudno nie zauważyć, że nie ich w pierwszym rzędzie szukają odbiorcy. Fantastyka dzisiaj to właśnie czysty eskapizm, zabawa, coś, co ma nam zapewnić chwilę odlotu. Nie jest też chyba specjalną tajemnicą, że stosunkowo łatwo – w każdym razie na tle ogólnej sytuacji na rynku wydawniczym – jest się na niej wybić początkującemu pisarzowi. Na start dostaje to, o czym niefantasta, a zwłaszcza niefantasta ambitny, może co najwyżej pomarzyć: nieduże, lecz dość pewne grono odbiorców (fandom) oraz zbyt pozwalający uwierzyć, że z klepania w klawisze może i nie wyżyje, ale przynajmniej podbuduje sobie ego.

Gdy fantastykę tworzył Janusz Zajdel, sytuacja była krańcowo odmienna. Niewykluczone, że aż za bardzo, co, nawiasem mówiąc, odbija się w jego tekstach – przynajmniej tych, z którymi miałem okazję się zapoznać. A skoro jego nazwisko patronuje dziś najszerzej rozpoznawalnej nagrodzie za osiągnięcia w literaturze fantastycznej, to w świetle zasygnalizowanych powyżej zastrzeżeń warto zadać sobie pytanie o kompatybilność stojących za nim idei z promowanymi przez nie treściami. Warto też zastanowić się, na ile twórcy, którzy sami od tych idei odeszli, a mimo to grzeją się w zajdlowym nimbie, mają prawo decydować, komu wolno się ubiegać o ów prestiżowy laur.

(więcej…)

Klimatyczne zmagania z „11.22.63”

Stephen King jest pisarzem wyjątkowo płodnym, lecz przez to szalenie nierównym. Odkąd z czystego horroru – w każdym razie czystego na tyle, na ile w jego wypadku w ogóle można o czymś takim mówić – wspiął się o szczebelek wyżej na drabinie literackiego rzemiosła, jego twórczość stała się jednym wielkim rollercoasterem. Co prawda idiotycznym, utrzymanym w ocierającej się o young adult konwencji „Doktorem Snem” całkowicie zniszczył i zaorał kult „Lśnienia”, jednak wydał również dzieła wybitne – takie jak choćby „Ręka mistrza” czy zbiór opowiadań „Po zachodzie słońca”. Powieść „Dallas ‘63” zdecydowanie plasuje się w górnych rejestrach.

Jest – co tutaj dużo gadać – po prostu piękna. Oferuje wszystko to, co King ma najlepszego – drobiazgowy opis realiów, pełnokrwistych, wiarygodnych psychologicznie bohaterów, nutkę nostalgicznej tęsknoty za starymi, dobrymi czasami, intertekstualne gry z samym sobą oraz, nade wszystko, niesamowitość, która niepostrzeżenie wdziera się do zwykłej amerykańskiej codzienności. King pichci to tak, że można mu nawet wybaczyć coraz częstsze w ostatnich latach wycieczki polityczne. Historia Jake’a Eppinga – do bólu przeciętnego anglisty, który za namową przyjaciela cofa się w przeszłość, by powstrzymać Lee Harveya Oswalda przed zastrzeleniem JFK – chwyciła mnie za serce od pierwszej strony i aż do słodko-gorzkiego finału nie chciała puścić.

Wiadomość o planach nakręcenia na podstawie książki serialu przyjąłem właściwie pół na pół z radością i sceptycyzmem. Ten drugi wynikał stąd, że a) King niekoniecznie sprawdza się w adaptacjach, b) trudno byłoby w ekranowej wersji czymś zaskoczyć, zwłaszcza jeżeli idzie o zakończenie, c) znając nieubłaganą logikę przemysłu rozrywkowego, mógłby jeszcze powstać ciąg dalszy, co byłoby – kolokwialnie ujmując – maksymalną kichą. Serial zadebiutował na platformie Hulu, gdzie właśnie się skończył. Teraz w Polsce można go oglądać na kanale Fox. I co? I jest… nieźle. O ile nie zepsują go kontynuacją.

(więcej…)