ksmiedlar

Czy Międlar zostanie Lemańskim à rebours?

Sprawa księdza Wojciecha Lemańskiego już trochę przyblakła, a on sam – czy to z własnej woli, czy nakłoniony przez życzliwych – usunął się w cień. Trudno uwierzyć, że dokładnie trzy lata temu żyły nią wszystkie polskie media, i to do tego stopnia, iż zmieniła się w swoisty reality-show, w którym jej rdzeń całkowicie się zatracił. Ponieważ z pewnych względów była ważna dla mnie osobiście, być może przeceniam jej znaczenie ogólne, niemniej wątpliwości nie ulega, że w tamto gorące lato wiele się dowiedzieliśmy. A ci, co wiedzieli już wcześniej, w swych przekonaniach dodatkowo się utwierdzili.

Może pokrótce przypomnę. Ksiądz Lemański był proboszczem niedużej wiejskiej parafii w powiecie wołomińskim, który, najoględniej mówiąc, skonfliktował się ze swoim przełożonym – arcybiskupem diecezji warszawsko-praskiej Henrykiem Hoserem – czego efektem był m.in. szereg upomnień, zakaz publicznego wypowiadania się, a wreszcie – suspensa. Mniejsza tutaj o powody konfliktu, zwłaszcza że im szersze kręgi sprawa zataczała, tym więcej powstawało na ich temat interpretacji i każda ze stron miała swoją. Tak naprawdę liczą się tu dwie rzeczy: spór na linii kapłan-hierarchia oraz wykorzystanie go przez różne, niekoniecznie związane z Kościołem środowiska do własnych celów. To dlatego tamto lato było tak upalne.

Czego zatem się dowiedzieliśmy? Ano mianowicie tego, że ci, którzy Kościoła nie znoszą i najchętniej wysłaliby go na Marsa, w swoich rozgrywkach z nim nie cofnęli się nawet przed podsycaniem uraz i ambicji zbuntowanego księdza, byle tylko móc udowodnić, jak Kościół ów jest straszny i nietolerancyjny. Dowiedzieliśmy się, że w wojnie z nielubianym biskupem redakcje pragnące uchodzić za poważne i opiniotwórcze potrafią posunąć się do manipulacji faktami, a złapane za rękę brną w mętne uzasadnienia, zamiast po prostu przeprosić. Cóż ma to wspólnego z księdzem Jackiem Międlarem? Wbrew pozorom dużo.

(więcej…)

adrianzandberg

Polityka nie musi być partią szachów – rozmowa z Adrianem Zandbergiem

Cieszę się, że po długiej przerwie mogę powrócić do wywiadu. Bardzo lubię zarówno tę formę uprawiać, jak i czytać, a ostatni raz miałem okazję zmierzyć się z nią trzy lata temu. To, że moim rozmówcą stał się akurat Adrian Zandberg, jest trochę dziełem przypadku. Mój znajomy należący do Razem koordynuje przyszłotygodniowe spotkanie Zandberga w naszym mieście i poddał mi ten pomysł, uznawszy najwyraźniej, że obu nam – Zandbergowi i mnie – dobrze zrobi zetknięcie się z przedstawicielem, kolokwialnie ujmując, przeciwnej strony.

Rzeczywiście wydało mi się to ciekawym eksperymentem. To prawda, że ludzie mają różne poglądy, więc niekiedy najlepsze, co możemy uczynić, to po prostu uwierzyć w szczerość intencji tych, z którymi niekoniecznie musimy się zgadzać. Zresztą kwestia, w czym ja się z Zandbergiem zgadzam, a w czym nie, jest dość płynna i chyba nie do końca z tego wywiadu wynika. Przyjąłem zasadę niekonfrontacyjności: ja próbuję się czegoś dowiedzieć, Zandberg mi to przedstawia.

Adrianowi dziękuję za poświęcony mi czas i zaufanie, a wszystkich Państwa zapraszam do lektury.

(więcej…)

Książki zakazane, czyli kulturowa dezercja [VIDEO]

Dwadzieścia lat temu buszowałem sobie po niedużej księgarence w pewnej zacisznej angielskiej miejscowości. Nie szukałem tam żadnej wybitnej literatury, lecz po prostu zwykłych czytadeł, by ćwiczyć na nich język. W pewnej chwili natknąłem się na książkę, która niezwykle mnie zafrapowała. Była wtedy dość słynna, podobnie zresztą jak człowiek, który ją napisał. Nazywała się „Szatańskie wersety”, a jej autor – Salman Rushdie – został za nią skazany na śmierć przez ajatollaha Chomeiniego.

Gdy ją przeglądałem, w pewnej chwili podeszła do mnie sprzedawczyni i delikatnie zasugerowała mi, że może lepiej się nią zbytnio nie interesować. Gdy dziś czytam, że we Francji zablokowano publikację książki krytykującej islam, tamto wspomnienie wyjątkowo silnie mnie nawiedza i każe mi zadać sobie – i wam – kilka niepokojących pytań.

Normalnie opublikowałbym na ten temat wpis, ale tym razem postanowiłem nagrać wideo. Do eksperymentów z tą formą przymierzam się już od dłuższego czasu.

(więcej…)

strangerthings

Dziwne lata 80 braci Duffer

Cóż… przyznaję się, wsiąkłem. I na pewno nie mogę powiedzieć, że wbrew własnej woli. Gdyby nie ograniczony czas i przepustowość synaps, łyknąłbym „Stranger things” za jednym przysiadem, ale niestety musiałem sobie tę blisko ośmiogodzinną przyjemność rozdzielić na dwa popołudnia. Im zaś więcej dni upływa od oglądania, tym usilniej zastanawiam się, o co był ten cały szum, i czy aby przypadkiem nie dałem się zwieść machinie marketingowej. Bo trzeba przyznać, że zarówno obstrzał medialny, jak i strumień pochwał tych, co już widzieli, był naprawdę duży.

Z drugiej strony nikt mi przecież lufy do potylicy nie przykładał i nie wrzeszczał, by odpalać kolejne odcinki. Bo jednak mimo że netflixowy hit stworzony przez Matta i Rossa Dufferów nic nie oferuje duchowo, sprawia autentyczną radość. A do tego – jak zdążyli zauważyć już chyba wszyscy – bezczelnie jedzie na nostalgii za „złotymi latami” naszego dzieciństwa. No, może nie do końca naszego, ale ponieważ jesteśmy wychowankami amerykańskiej popkultury i świecimy nią jak blaskiem odbitym, spokojnie możemy się utożsamiać. Czyż bowiem dzieci chcące ułatwić sympatycznemu kosmicie połączenie z domem nie są dla nas równie realne jak kumple z szarego późnopeerelowskiego podwórka?

„Stranger things” wpisuje się w coraz ostatnio popularniejszą modę na retro, lecz zarazem jest produkcją na wskroś współczesną, i to zarówno co do formy, jak i konstrukcji postaci. Czynię to zastrzeżenie, bo przeklikując się przez istne morze zachwytów, zacząłem się irracjonalnie bać, że będzie to po prostu zdjęta jeden do jednego kalka kina z tamtej epoki. A nie zniósłbym kolejnego wcielenia E.T. zmiksowanego z wczesnym Carpenterem i co bardziej kuriozalnymi ekranizacjami Kinga. Te obawy się na szczęście nie ziściły.

(więcej…)

grafikareklamowa

„Zawsze gdzieś jest piętnasta” – darmowy PDF

We wpisie anonsującym pojawienie się elektronicznej wersji „Zawsze gdzieś jest piętnasta” ogłosiłem, że mogę chętnym udostępnić za darmo PDF-a, który powstał przy okazji konwersji tekstu do formatów czytnikowych. Napisałem to z lekkim przymrużeniem oka, nie oczekując odzewu, ale potem pomyślałem: właściwie czemu nie! Zwłaszcza że chciałbym przy okazji przetestować wtyczkę do pobierania plików.

PDF to PDF, więc komfort czytania odbiega od ideału, ale układ stron jest skonfigurowany tak, że powinno być stosunkowo wygodnie nawet na mniejszych ekranach. Zawartość jest dokładnie taka sama jak na papierze czy w plikach płatnych – nawiasem mówiąc wciąż dostępnych tylko na RW2010. Wiem, wiem, poprawię się.

A czemu za darmo? Bo mogę. Bo chcę. Bo choć może to zabrzmieć megalomańsko, zysk nie jest dla mnie najważniejszy. Bo i tak większą część tego, co obecnie robię, oddaję za darmo na blogu. Czy liczę na profit? Oczywiście. Kto nie liczy. Ale powiedzmy, że nie zawsze da się go wymierzyć w pieniądzach, a przynajmniej nie tylko. Wśród aktywnych w sieci pisarzy czasem wybuchają kontrowersje dotyczące bezpłatnego udostępniania owoców ich pracy. Rozumiem argumenty obu stron, ale pragnę zauważyć, że twórcy wideo też dzielą się swoją pracą za free. I naprawdę nie wszyscy zarabiają na reklamach.

Zapraszam więc do lektury. Chętnie wysłucham / przeczytam każdą opinię. A jako że ma to też walor testowy z perspektywą na przyszłość, proszę o ewentualne uwagi, gdyby coś nie działało.

pisanie_na_niebie

Roberto Bolaño rozlicza Pinocheta

Niewątpliwie do najbardziej wykwintnych rozterek mieszkańców pierwszego świata należy ta, którą książkę przeczytać, gdy ma się do wyboru dwie i obie mniej więcej tak samo kuszą. Stanąłem ostatnio przed owym fundamentalnym pytaniem. Znajomy pożyczył mi „Uległość” wiadomo kogo oraz niewielką objętościowo powieść, właściwie nowelę, „Gwiazda daleka” autorstwa chilijskiego pisarza Roberto Bolaño. O Bolaño wcześniej nie słyszałem nic, a jeśli nawet jego nazwisko obiło mi się o uszy, to już zdążyłem zapomnieć. Musiałem stoczyć ze sobą ciężką walkę, by jednak odłożyć „Uległość” na później.

Houellebecq wydawał się opcją aż nazbyt oczywistą. Poza tym choćbym nie wiem jak się zarzekał, że chcę jego najnowsze dzieło skonsumować dla walorów literackich – a mam z nim swoje przepychanki od pewnego czasu – nie ma co kryć, że uczyniłbym to też z pobudek… no po prostu z pobudek politycznych. Czy pierwszego francuskiego mizogina i islamofoba da się w ogóle czytać inaczej? Jakoś wątpię. Polityczny, choć nie aż tak wprost, był już przecież w swoim debiutanckim eseju o Lovecrafcie. Natomiast co do Bolaño – cóż, miałbym wyrzuty sumienia, że przedkładam doraźne impulsy nad ciekawość nieznanego lądu. Houellebecqowi od tego nie ubędzie, a mój lekturowy horyzont może tylko zyskać.

Wiem, że nie przeczytam ani nie obejrzę wszystkiego, lecz jednak mam taki imperatyw, żeby poznać tyle, ile się da. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku cały dorobek ludzkiej kultury okaże się pyłem wobec jednego tchnienia wieczności. Nie mówiąc o tym, że gdy zacząłem się przeklikiwać przez Internet w poszukiwaniu szczegółowych informacji, odkryłem, że Bolaño należy do czołówki pisarzy latynoamerykańskich. Więc dodatkowo doszedł jeszcze wstyd, że mając okazję się z nim zaznajomić, mógłbym z niej nie skorzystać. Zwłaszcza że kolega go mocno zachwalał.

(więcej…)

dentysta

O powstaniu warszawskim na fotelu dentystycznym

Miałem więc jechać na to uliczne czytanie Mirona zorganizowane przez partię Razem. Tak tu sobie familiarnie pozwalam, że Miron, a nie Białoszewski czy po prostu autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego, bo – co by nie mówić – ja i on mieliśmy jednak trochę wspólnych znajomych i kilka miejsc, które obaj lubiliśmy. Poza tym szczerze go cenię. Na firmamencie polskiej literatury był niewątpliwie kimś wyjątkowym; kimś, kto nie tyle rozsadzał skostniałe schematy, co – jak mało kto – dawał się prowadzić własnym twórczym instynktom i wyciskał z nich wszystko, co było do wyciśnięcia.

Fakt, że czytanie fragmentów „Pamiętnika” odbywało się akurat dziś – właściwie już wczoraj z perspektywy godziny, o której piszę te słowa – ściśle odnosił się zarówno do samej rocznicy powstania, jak i do stanowiącej szczególny jego epizod rzezi woli. To właśnie w tych dniach między 5 a 7 sierpnia nastąpiła kulminacja masakry, w której na bezpośredni rozkaz Hitlera z rąk oddziałów SS i niemieckiej policji zginęło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Warszawy. Była to – jak wielokrotnie przez cały dzień przypominano – najprawdopodobniej największa jednorazowa zbrodnia na ludności cywilnej w Europie podczas trwania II wojny światowej. Podobno nawet wielu Niemców nie wytrzymało tego psychicznie.

Pojechać miałem oczywiście za zachętą M. Należy on do Razem od początku jej istnienia i usilnie przekonuje mnie, że lewica to wcale nie tylko debatujący o urokach kazirodztwa prof. Hartman i Robert Biedroń, który zapytany kiedyś przez dziennikarkę o stosunek do Bożego Narodzenia skrzywił się i stwierdził, że wolałby jakieś święto ku czci tolerancji, a choinki i kolęd to już w ogóle ni hu hu. Do Razem jeszcze później wrócę, bo muszę przyznać, że mnie ostatnio pozytywnie zaskoczyli. No ale po kolei.

(więcej…)

faustyna_okno

Zakonnica z drugiego chóru

Nie pamiętam, kiedy i w jakich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałem o świętej Faustynie. Całkiem niewykluczone, że mogło to być w szkole na katechezie. Może gdzieś widziałem obrazek? Gdy szukam jakiegoś zgrabnego punktu zaczepienia, odruchowo nasuwa mi się wspomnienie wycieczki do Łagiewnik, na którą dawno, dawno temu pojechałem z moją ówczesną dziewczyną. Zwykle bardzo mocno doświadczam asocjacji miejsc z ludźmi. Przebywanie w ich naturalnym otoczeniu pozwala mi bardziej ich sobie urealnić. W pewnym sensie nawet bardziej niż czytanie o nich. Cofam się więc do tamtego popołudnia.

W oknie jej celi stały jakieś żółte kwiaty. Forsycje? Żonkile? Mniejsza z tym. Widzieliśmy je z klasztornego dziedzińca, kiedy przysiedliśmy na murku, by trochę odpocząć po zwiedzaniu. Z popielatego nieba lał się ciężki przemysłowy upał. W skroniach dudniło tępe ćmienie. Więc to tutaj spędziła ostatnie dni. Zgon nastąpił kwadrans przed dwudziestą trzecią 5 października 1938 roku. Przy jej łóżku czuwały dwie współsiostry. Wszyscy inni rozeszli się po odmówieniu modlitwy za konających. Według ich relacji zmarła spokojnie, z uśmiechem, choć jeszcze przed kilkoma godzinami męczyły ją silne bóle.

Mimo wcześniejszych próśb zrezygnowała z zastrzyku. Powiedziała, że tej ofiary domaga się od niej Pan Jezus. Prof. Zbigniew Mikołejko, w którego książce „Żywoty świętych poprawione” znalazł się poświęcony jej, mocno nieprzychylny i pełen kiepsko skrywanych osobistych uprzedzeń szkic, prawdopodobnie zinterpretowałby ten fakt jako kolejny w jej życiu przejaw eschatologicznej megalomanii. Jej – jak się wyraził, kreśląc duchowe tło, na którym wyrosła – „katolickiej zgrzebności” zawieszonej „między mistyką a dewocją”. A tak w ogóle podobno była ruda, niska i piegowata. Nie przypominała zakonnej piękności ze świętych obrazków, ani tym bardziej zjawiskowej Doroty Segdy z filmu nakręconego w 1994 roku.

Mikołejko nie jest zresztą całkowicie pewien, bo „nikomu chyba nie przyszło do głowy zrobić jej zdjęcie”. Wiadomo – kuchta, do tego wariatka. Ale profesor się myli. Zdjęcia są. Zarówno z jej świeckiego życia, gdy jeszcze nosiła imię Helena, jak i z zakonu. Choć zgoda, że techniki fotograficzne stosowane na początku XX wieku uniemożliwiają dostrzeżenie wielu szczegółów.

(więcej…)

drogowskaz

Arcypolski rzyg trocinowy, czyli dlaczego czasem nie kończę

Niestety zaliczam się do czytelników obdarzonych naganną cechą porzucania książek, które – jak to się kolokwialnie mówi – mnie nie kupiły. Szczerze zazdroszczę lekturowym tytanom, kończącym wszystko, za co się wzięli, bez względu na to, jak bardzo by się nie rozczarowali. Mimo wielu prób wyzbycia się tej skazy wciąż bierze ona nade mną górę. Nie żeby zdarzało mi się to nagminnie, lecz wystarczająco często, by się niepokoić.

Jakiś czas temu poległem na „Trocinach” Krzysztofa Vargi. Jego felietony, pomimo iż stykałem się z nimi raczej sporadycznie – a może właśnie dlatego – zwykle dość lubiłem. Koneserem jego prozy – jak na ironię z identycznych przyczyn, z jakich ceniłem publicystykę – nie jestem. Prawdopodobnie dlatego, że to, co w krótkim gazetowym tekście da się strawić, a nawet – od czasu do czasu – zachwyca, skumulowane w pocisk dużej formy zaczyna mdlić, jak gdyby zjadło się o dwie kostki czekolady za dużo. Choć może w przypadku Vargi trafniejszy byłby… sam nie wiem – piołun? Jego moc uzdrawiania poprzez goryczkowy wstrząs jest jednak przereklamowana, i to mocno.

(więcej…)

klawiatura

Elektroniczna wersja „Zawsze gdzieś jest piętnasta” i jeszcze kilka spraw

Tym razem czysto informacyjnie. Trochę to potrwało, ale w końcu przysiadłem na wiadomej części i zrobiłem e-bookową wersję „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. Lenistwo to jedna z tych cech, które kiedyś mnie zgubią.

Wydanie posiada oczywiście osobny, niezależny od edycji papierowej ISBN, a także nową okładkę mego jakże skromnego i zapewne dalekiego od ideału autorstwa. Ta z papieru była ciut za szeroka, więc choć wykonał ją profesjonalny grafik, który nie miałby nic przeciwko temu, abym ją wykorzystał, z żalem musiałem z niej zrezygnować. Każda sytuacja ma jednak pewne dobre strony. A najlepszą stroną tej jest to, że mogłem nieco bardziej uwydatnić ducha książki, a mniej skupić się – jeśli wolno mi tak rzec – na aspekcie towarzyskim, czego w drukowanej wersji nie sposób było uniknąć.

To samo tyczy się blurbu. Redagując go od nowa, naprawiłem błąd, który popełniłem chyba z pośpiechu. W wersji drukowanej za duży nacisk położyłem na łączność książki z poprzednią. To mogło stworzyć mylne wrażenie, że bez znajomości „Podążaj za snem” nie da się w pełni zrozumieć „Zawsze gdzieś jest piętnasta”. To odstręczające – szczególnie dla przypadkowego klienta. A jak już wiele razy mówiłem, „Podążaj…” nie zamierzam wznawiać.

Nowy blurb prezentuje się tak:

(więcej…)