Joanna Bator o kotach i Śląsku

zlykot

„Ciemno, prawie noc” było moim dziewiczym – i jak dotąd jedynym – zetknięciem z powieściową twórczością Joanny Bator. Pierwszym, ale czy ostatnim? Tę sprawę będę musiał poważnie przemyśleć. Z biegiem lat coraz rzadziej pozwalam sobie na luksus lektur zbędnych. Stosuję coraz bardziej restrykcyjny klucz ich doboru. Czytam tylko dwa rodzaje książek: takie, które czegoś mogą mnie nauczyć, oraz te, przy których odpoczywam, żeby przygotować mózg do kolejnej porcji wysiłku. Sytuacja idealna – i szczęśliwie wcale nie tak rzadka – jest wówczas, gdy owe płaszczyzny się przetną.

Bywa, że trafię na zatruty owoc, i wtedy bez żadnych ceregieli go porzucam. Czas płynie, żal wytracać go na brednie. Takim zbukiem okazały się choćby „Trociny” Vargi. A napomykam tu o nich, ponieważ to, co miotało mną coraz silniej w miarę zanurzania się w mroczny wałbrzyski świat Alicji Tabor – głównej protagonistki i narratorki powieści – jest do pewnego stopnia analogiczne. Ale tylko do pewnego, bo Joannie Bator powiodła się sztuka, której Varga najwyraźniej nie posiadł lub po prostu nie zaprzątał sobie nią głowy w trakcie pisania – zostałem oto pochwycony w sidła, uwiedziony i zmuszony do chłonięcia aż po finałowy wers. Joanna Bator najzwyczajniej umie snuć zajmującą historię, dzięki czemu nawet jeśli brała mnie pokusa ciśnięcia jej w kąt, jakoś nie mogłem się na to zdobyć, bo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Niebezpieczna zdolność.

Jednak zestawiam obydwa tytuły z jeszcze innego powodu. Otóż ich autorzy są rodzeństwem. Tak, dobrze państwo przeczytaliście – Joannę Bator i Krzysztofa Vargę, a w każdym razie ich książki, łączą więzy duchowej krwi. Oboje w gruncie rzeczy komunikują to samo. Z tym że o ile Varga czyni to raczej prymitywnie, raczej nieudolnie maskując publicystykę pod cieniutką kołderką fabuły, o tyle Bator okazuje się absolutną mistrzynią dywersji. Z jej ręki łykasz tran i chcesz prosić o jeszcze. Oj, demoniczne, demoniczne.

(więcej…)

Gadowski na tropie kalabryjskiego diabła

kalabria1

Zmarły kilka dni temu watykański egzorcysta ojciec Gabriele Amorth napisał kiedyś na Facebooku, że „wszystko wydarza się najpierw na poziomie duchowym, dopiero później urzeczywistniając się na tej ziemi.” A choć zdanie to odnosiło się do Państwa Islamskiego, można je chyba śmiało uznać za ogólną zasadę rządzącą zarówno dobrem, jak i złem. I to bez względu na to, czy jesteśmy ludźmi wiary. Bo nawet jeśli nimi nie jesteśmy, a „poziom duchowy” zastąpimy na przykład „sferą idei” czy jakimkolwiek innym pojęciem obrazującym niematerialne mechanizmy ludzkich poczynań, musimy przyznać Amorthowi rację.

Właśnie ta myśl coraz wyraźniej klarowała mi się podczas oglądania pierwszego odcinka dokumentalnego cyklu „Łowca smoków” autorstwa Witolda Gadowskiego, który 14 września pokazała TVP. Film nosił tytuł „Diabeł zatrzymał się w Kalabrii” i opowiadał o jednej z bardziej tajemniczych włoskich organizacji mafijnych – ’Ndrànghecie. Nie jestem wybitnie zorientowany w tych sprawach – skojarzenia z terminem „mafia” mam mniej więcej takie jak większość z nas – jednak dokument Gadowskiego śledziłem naprawdę z przysłowiowym zapartym tchem. Bynajmniej nie z powodów czysto poznawczych lub dla mrożących krew w żyłach opowieści.

Gadowski, choć w swej pracy często sprawia wrażenie pospiesznego czy wręcz niechlujnego, ma zaskakującą i wcale nie tak częstą u dziennikarzy cechę. Potrafi sięgać do korzeni zjawisk. Nie w sensie dogłębnego rozeznania tematu i zebrania jak największej ilości danych – choć i tu większość pałętających się po różnych studiach i redakcjach wyjaśniaczy rzeczywistości mogłaby brać u niego korepetycje – lecz po prostu wykazuje się intelektualną żarliwością, która koniec końców musi doprowadzić go, a z nim również nas, do metafizyki.

(więcej…)

Frederick Forsyth kończy karierę, czyli o sięganiu do źródeł

FREDERICK FORSYTH - writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.
FREDERICK FORSYTH – writer at home in Hertfordshire. Pic: Andy Watts/Sunday Times November 2000.

Jak podaje nieoceniony Booklips, Frederick Forsyth – światowej sławy autor thrillerów – postanowił zakończyć karierę literacką. A przynajmniej – bo nie wynika to do końca z tekstu – pożegnać się ze swym ulubionym gatunkiem. Bo w to, że w ogóle przestanie pisać, jakoś nie wierzę. Mało który wyrobnik słowa ma w sobie na tyle determinacji, by odstawić jedyny narkotyk, jaki każdego dnia pozwala mu wstawać z łóżka. Chociaż z drugiej strony mogę się mylić. Forsyth to inna szkoła i jeśli powiedział, że wydana w 2015 roku autobiografia stanowi jego „łabędzi śpiew”, to być może rzeczywiście złamie klawiaturę.

Tyle że Forsyth już kilkakrotnie ogłaszał zejście ze sceny, a mimo to i tak zawsze bisował. Tym razem jednak – jak czytamy na BL – ma być inaczej, ponieważ autor „Dnia szakala” nie dość, że wystrzelał się z pomysłów – bywa – to jeszcze dodatkowo ugiął się pod namowami żony. No cóż, z kim jak z kim, ale z istotą, dla której włożylibyśmy rękę do mrowiska, gdyby tego zażądała, trudno polemizować. Poza tym wysunięty przez panią Forsyth argument, że jest za stary, by jeździć w niebezpieczne miejsca w celu zbierania materiałów do książek, też na pewno ma tu niebagatelne znaczenie. Wieku i jego ograniczeń nie sposób oszukać ani tym bardziej przeskoczyć.

Ale mnie najbardziej zaciekawiło właśnie to zbieranie materiałów. Już wielokrotnie czytałem w różnych miejscach o legendarnym doku mentalistycznym zacięciu Forsytha. To, że chciało mu się osobiście taszczyć tyłek do Somalii, zamiast wysłać tam jakiegoś researchera – co jest dziś standardem u bestsellerowych rzemieślników, którzy działają już bardziej jak firmy, niż jak prawdziwi pisarze – musi budzić podziw. Lecz również na nowo każe zadać pytanie o rolę wiarygodności w procesie twórczym.

(więcej…)

Houellebecq, czyli uległość jako rewers nadmiaru wolności

wp_20160912_02_17_07_pro

Biorę się do tego tekstu jak przysłowiowy pies do jeża. Ciągle go odkładam, wyszukuję sobie inne zajęcia, coś tam doczytuję, łudząc się, że pomoże mi to wyrobić szerszą perspektywę. A czas od przeczytania książki nieubłaganie mija i zaraz może być za późno. Rety, ileż ja w ten sposób tematów zmarnowałem! Tylko że zazwyczaj powoduje mną lenistwo albo jakieś inne naprawdę pilne obowiązki. Tu też już chciałem się czymś wymówić. A to że nie wpadł mi do głowy odpowiedni tytuł – a nie mając go, rzadko zaczynam pisać – a to że pod maską bloga wypadałoby pogrzebać, bo jakieś aktualizacje. Bla, bla, bla!

Prawda jest taka, że żongluję tą książką niczym gorącym kartoflem. Bo jakkolwiek strasznie się do jej lektury zapaliłem – do tego stopnia wręcz, że musiałem sam ze sobą walczyć, by ją odłożyć na później – to gdy myślę o zdaniu raportu z tej przygody, ogarnia mnie obawa, że mogę wdepnąć na minę. Ba, na całe ich pole! Cholera, przecież to Houellebecq! A to jego słynna i kontrowersyjna „Uległość” – dzieło nie dosyć, że być może prorocze, to jeszcze osnute tragicznymi kontekstami, wzmacniającymi jego wymowę i skłaniającymi do mocno instrumentalnych doraźnych użyć.. Fatalna sprawa, łatwo skrewić.

Ale z drugiej strony może właśnie daję sobie związać ręce iluzją? Nie przeczę, że „Uległość” ważna jest, ani że towarzyszące jej zaistnieniu na literackim rynku okoliczności – zamach na „Charlie Hebdo” tuż przed premierą i fala islamskiego terroryzmu, która skąpała Francję we krwi w ostatnich miesiącach – trudno całkiem odsunąć na bok. Tylko że to jednak literatura. Przede wszystkim literatura. Nawet jeśli programowo zaangażowana i nie tworzona dla celu rozrywkowego.

(więcej…)

„Echo pustyni” – kolejne opowiadanie na BGA

Pewnego deszczowego popołudnia krążyłem między bibliotecznymi regałami, nie mogąc się zdecydować, co wypożyczyć. Nagle mój wzrok zatrzymał się na grzbiecie jednej z książek w szeregu opatrzonym literą G. Wyciągnąłem ją zaintrygowany. Tytuł na okładce głosił: „Gorący oddech pustyni”. Autorem był Gustaw Herling-Grudziński. Otworzyłem spis treści i przeczytałem tytuły opowiadań. Jedno z nich szczególnie mnie zaciekawiło. Był to „Portret wenecki”.

Kilka lat temu widziałem nakręcony na jego podstawie spektakl teatru telewizji. Rolę starego pisarza, wspominającego osobliwy incydent z czasów, gdy tuż po wojnie przebywał we Włoszech, zagrał Gustaw Holoubek. W jego młodszą wersję wcielił się Piotr Adamczyk – wtedy znany głównie z dubingowania kreskówek. W obsadzie znalazła się też chyba Joanna Szczepkowska. Uwiódł mnie mroczny, owiany tajemnicą klimat tej historii, w której wyczuwało się dyskretną, lecz namacalną obecność zła, uosobionego w cherubińskim obliczu syna zdziwaczałej contessy.

Przeżywałem wtedy silną fascynację Grudzińskim. Pochłonąłem chyba wszystkie jego książki dostępne w szkolnej bibliotece. Pisałem o nim też wypracowanie maturalne. Mimo iż figurujący na liście lektur obowiązkowych „Inny świat” wyraźnie odstawał od jego późniejszych opowiadań, dostrzegałem w tym człowieku zabójczą artystyczną konsekwencję, nie mówiąc o wyśmienitym piórze. Próbowałem nawet naśladować jego styl.

Podałem „Gorący oddech pustyni” znudzonej bibliotekarce w granatowym swetrze i z włosami spiętymi w kok.

– To wszystko? – upewniła się. Zwykle opuszczałem naszą miejską bibliotekę z naręczami książek.

– Tak, dziś to wszystko. Dziękuję.

Całość na BeGoodArt

Sprawa Mariusza Zielke

Przyznam, że nie wiem, co mam o tej sprawie sądzić. Jestem wobec niej całkowicie bezradny. A na dodatek nurtują mnie wyrzuty, że w ogóle – gdzieś tam, z tyłu głowy – dopuszczam myśl, że wszystko to może być po prostu zgrabną marketingową sztuczką. Może tego rodzaju podejrzeniami krzywdzę człowieka, który naprawdę znalazł się w poważnych kłopotach i potrzebuje pomocy. Wściekam się na tę swoją nieufność, ale po prostu jakoś nie potrafię jej wyciszyć. Za dużo było tych różnych śliskich drak z kupowaniem recenzji czy lajków, albo z chamskimi prowokacjami na YouTube.

W każdym razie pomysł na kampanię reklamową polegający na tym, że gość udostępnia w sieci za darmo swoją powieść, jednocześnie rozpowszechniając komunikat, iż usiłowano jej normalne wydanie zablokować, nie wydaje mi się aż tak znów niedorzeczny. Potrafię sobie nawet wyobrazić dalszy rozwój wypadków. Wokół całej afery robi się wielki szum, internety gardłują o cenzurze, pobrania książki idą w tysiące, aż wytwarza się społeczna presja, pod której naciskiem ci źli kapitulują i w ciągu tygodnia wydawnictwo rzuca wolumin na rynek. A ci wszyscy, którzy ściągnęli, plus jeszcze trochę tych, co tylko słyszeli albo widzieli na fejsie, oczywiście kupują, by dobro ostatecznie zatriumfowało.

Nie chodzi o to, że jestem w stanie „z palca” przywołać jakieś analogiczne akcje na poparcie tej tezy – bo nie jestem – ale o to, że najzwyczajniej w świecie jest klimat, który wzięcie pod uwagę takich rozwiązań dopuszcza. Gdyby – co nie daj Bóg! – okazało się to prawdą, byłoby to na pewno jakieś znaczące przekroczenie, nadużycie publicznego zaufania na poziomie bez porównania wyższym niż, na przykład, propsowanie książek na Lubimy Czytać z fikcyjnych kont. Mam nadzieję, że autor nie jest aż do tego stopnia zdesperowany. Ale o co chodzi?

(więcej…)

„Blochu” – opowiadanie na BeGoodArt.com

Na łamach szczęśliwie nam przywróconego do życia BeGoodArt (tu niskie ukłony dla dzielnych holenderskich policjantów zwalczających niedozwolone treści na serwerach polskich firm hostingowych) ukazało się moje napisane dosłownie kilka tygodni temu opowiadanie. Coraz częściej nawet sam sobie muszę przypominać, że bywam także prozaikiem. Chociaż… tak naprawdę przynależność gatunkowa moich poszczególnych tekstów coraz bardziej się zaciera. Zresztą nieważne. Tak czy inaczej, dziękuję gorzowskiej ekipie i pozostaję z nadzieją, że – kto wie, kto wie – może to być początek pięknej przyjaźni.

Zapraszam do lektury TUTAJ.

No i trzymajmy kciuki za ich serwer. A najlepiej wspierajmy ich wejściami, żeby mieli dochód z reklam i mogli przesiąść się na coś porządniejszego.

Pierwszy taki dzień

basen

Mniej więcej w połowie szóstej długości uzmysławiam sobie, że upłynął już miesiąc, odkąd tak dyrdam w każdy wtorek i czwartek. A w ślad za tym olśnieniem nadchodzi kolejne: gdy w końcówce lipca poszedłem na basen pierwszy raz od czasów liceum, by spędzić katorżniczą godzinę na krztuszeniu się i bezładnym wymachiwaniu wszystkim, co wyrasta mi z korpusu, udało mi się nie myśleć. Był to bodaj pierwszy taki dzień od pogrzebu – pierwszy, gdy przez dłużej niż kilka minut matka nie gościła w mojej pamięci. Autentycznie wyzwalające.

Tej sztuki nie udało mi się dokonać nawet za pomocą czystej i pięknej niczym nadreński pejzaż prozy W. G. Sebalda. A wystarczyło trochę szarpaniny o utrzymanie się na powierzchni. To konieczność pierwotna jak głód. Co by się nie działo – zawsze przyj do góry. Nurt cie znosi – młóć rękami. Wpadasz w korkociąg – nogi zaczynają ciąć jak nożyce. Podpalają twój kraj – rzucasz się na czołg. Umiera ci ktoś bliski – wychodzisz z psem; burza nie burza, kloca postawić musi.

(więcej…)

O co więc chodzi z tym zawłaszczaniem?

zawlaszczanie

Jakub Majmurek, odnosząc się w swoim tekście na portalu „Krytyki Politycznej” do zajść na pogrzebie „Inki” i „Zagończyka”, ma rację w jednym: nie był to wypadek ani przypadek, lecz logiczna konsekwencja pewnego procesu. Pomijam fakt, iż co do samej przepychanki między działaczami KOD i narodowcami istnieje sporo niejasności. Zarówno większość świadków zdarzenia, jak i tych, którzy analizują dostępne w sieci materiały, mówi, że jeżeli KOD-owcy rzeczywiście zostali poturbowani, nie odbyło się to w bazylice mariackiej. A i to, że Radomir Szumełda ponoć już wcześniej miał na ręku opatrunek, też nie przysparza im wiarygodności.

Co do KOD-u raczej nie należy mieć złudzeń. Mogę uwierzyć w wiele rzeczy, ale nie w to, że Szumełda i Kijowski przyszli tam uczcić pamięć bohaterów antykomunistycznego podziemia. A jakkolwiek moja wyobraźnia wzbrania się przed scenariuszem, że pojawili się specjalnie po to, by wywołać burdę i następnie móc odgrywać męczenników faszystowskiego zamordyzmu, prowokacyjny charakter ich obecności jest dla mnie ewidentny. Inna sprawa, że dla młodych ONR-owców, którzy jakoby ich pobili, uczestnictwo w tej liturgii także było doświadczeniem bardziej tożsamościowym, formacyjnym, niż czysto funeralnym. Trudno czuć autentyczny żal po kimś, kto zginął siedemdziesiąt lat temu.

Bo też – nie oszukujmy się – taką rolę ten pogrzeb spełniał. Podobnie jak spełnia ją cały tzw. „kult wyklętych” i ogólnie patriotyczny sztafaż, który od kilkunastu lat rozwijał się oddolnie, a po październikowych wyborach zyskał dodatkowo legitymizację od państwa. Czy uważam to za coś złego? Bynajmniej. Podoba nam się to lub nie, każda wspólnota potrzebuje nie tylko cementujących ją opowieści, ale i – że tak to ujmę – oficjalnej mitologii. Tworzył ją „obóz III RP”, tworzy ją i dzisiejsza władza. A choć, jak już wiele razy podkreślałem, nie jestem fanem pompatycznych uroczystości, wolę mimo wszystko żyć w kraju, w którym duchowy azymut wyznacza Danuta Siedzikówna i Feliks Selmanowicz, niż w takim, gdzie z honorami chowa się Wojciecha Jaruzelskiego. To jest jakoś… hm… czystsze.

Ale wróćmy do kwestii zawłaszczania. Przyznam, że gdy słyszę to słowo, odczuwam taki sam dyskomfort jak przy wszystkich innych wałkowanych do znudzenia chwytach z repozytorium lewicy i jej sympatyków. Mam już na nie alergię. Zawsze kiedy ktoś „od nich” formułuje tego rodzaju zarzut – a teraz powtarza się on właśnie w kontekście patriotyzmu, tradycji, pamięci itp. – rodzi się we mnie mimowolna refleksja, że jest on podszyty sporą dawką dwulicowości. Bo tak naprawdę sami by chętnie co nieco zawłaszczyli, tyle że niezbyt im się udaje.

(więcej…)

Czy Międlar zostanie Lemańskim à rebours?

ksmiedlar

Sprawa księdza Wojciecha Lemańskiego już trochę przyblakła, a on sam – czy to z własnej woli, czy nakłoniony przez życzliwych – usunął się w cień. Trudno uwierzyć, że dokładnie trzy lata temu żyły nią wszystkie polskie media, i to do tego stopnia, iż zmieniła się w swoisty reality-show, w którym jej rdzeń całkowicie się zatracił. Ponieważ z pewnych względów była ważna dla mnie osobiście, być może przeceniam jej znaczenie ogólne, niemniej wątpliwości nie ulega, że w tamto gorące lato wiele się dowiedzieliśmy. A ci, co wiedzieli już wcześniej, w swych przekonaniach dodatkowo się utwierdzili.

Może pokrótce przypomnę. Ksiądz Lemański był proboszczem niedużej wiejskiej parafii w powiecie wołomińskim, który, najoględniej mówiąc, skonfliktował się ze swoim przełożonym – arcybiskupem diecezji warszawsko-praskiej Henrykiem Hoserem – czego efektem był m.in. szereg upomnień, zakaz publicznego wypowiadania się, a wreszcie – suspensa. Mniejsza tutaj o powody konfliktu, zwłaszcza że im szersze kręgi sprawa zataczała, tym więcej powstawało na ich temat interpretacji i każda ze stron miała swoją. Tak naprawdę liczą się tu dwie rzeczy: spór na linii kapłan-hierarchia oraz wykorzystanie go przez różne, niekoniecznie związane z Kościołem środowiska do własnych celów. To dlatego tamto lato było tak upalne.

Czego zatem się dowiedzieliśmy? Ano mianowicie tego, że ci, którzy Kościoła nie znoszą i najchętniej wysłaliby go na Marsa, w swoich rozgrywkach z nim nie cofnęli się nawet przed podsycaniem uraz i ambicji zbuntowanego księdza, byle tylko móc udowodnić, jak Kościół ów jest straszny i nietolerancyjny. Dowiedzieliśmy się, że w wojnie z nielubianym biskupem redakcje pragnące uchodzić za poważne i opiniotwórcze potrafią posunąć się do manipulacji faktami, a złapane za rękę brną w mętne uzasadnienia, zamiast po prostu przeprosić. Cóż ma to wspólnego z księdzem Jackiem Międlarem? Wbrew pozorom dużo.

(więcej…)